Skuteczna perswazja i wpływ decyduje o naszej skuteczności w pracy. Oto niewygodna prawda na temat naszych oporów.

Co tak naprawdę blokuje ludzi przed przekonywaniem innych? Jak lepiej przekonywać innych? Czemu nie jestem skuteczny? Czemu nie udaje mi się ugrać tego, na czym mi zależy? Wiele osób zadaje sobie takie pytania. Techniki perswazji działają w pewnym stopniu, ale nie do końca. Czegoś wciąż brakuje. Żeby przekonywać lepiej, nie wystarczy opanować kilka sztuczek perswazyjnych. Trzeba zejść głębiej, sięgnąć do własnych przekonań i emocji. Przyjrzeć się własnym oporom i pułapkom, w które wpadamy. Wtedy otworzy się dla nas zupełnie nowy świat, w którym ludzie chętniej nas słuchają i częściej kupują nasze pomysły. A to również oznacza koniec frustracji i wielu stresów, które mieliśmy do tej pory.

Skuteczność w przekonywaniu to z jednej strony używanie języka perswazji, ale z drugiej (i to jest nawet ważniejsze) brak blokad i oporów we własnej głowie. To niewygodne, lecz trzeba powiedzieć wprost: przekonywanie innych jest dużym wyzwaniem dla psychiki. To sztuka przez duże „S”. A opanowanie jej jest szalenie ważne w dzisiejszym świecie.

Pomyśl tylko: jak bardzo do przodu mógłbyś być, gdybyś miał większą wiarę w swoje pomysły i tę wiarę skutecznie komunikował innym?

Gdybyś nie obawiał się, że Twój pomysł czy produkt zostanie skrytykowany?

Albo nie miał oporów przed konfrontowaniem się z drugim człowiekiem lub grupą ludzi?

Takich nieuświadomionych pułapek, oporów i obaw może być przynajmniej kilka:

  1. Brak pewności swojego zdania
  2. Pułapka oczekiwań
  3. Obawa przed oceną i krytyką
  4. Obawa przed odpowiedzialnością
  5. Obawa przed rywalizacją/konfrontacją
  6. Złe przygotowanie i brak perspektywy drugiej strony

Jeśli chcesz się im przyjrzeć z bliska i znaleźć (przynajmniej częściowe) rozwiązanie problemów, jakie do tej pory miałeś w związku z przekonywaniem innych, czytaj dalej.

Brak pewności siebie i swojego zdania

Zależy ci na czymś, ale tak naprawdę nie jesteś pewien swojego zdania. Masz obawy, że twoje zdanie nie jest w stu procentach słuszne – nie dasz się pokroić za to. Zastanów się, dlaczego nie dasz się za to pokroić?

To nasza pewność jest tym, co w ogromnej mierze przekonuje innych. Można powiedzieć: czemu ktoś miałby tobie wierzyć, jeśli nie wierzysz sam sobie? Najpierw musimy przekonać sami siebie. Dopiero potem przychodzi odpowiednia pora na przekonanie innych. Dopóki nie będą od nas czuli pewności, nic nie kupią.

Czasem to będzie kwestia lepszego przygotowania się – zebrania dowodów czy nabycia doświadczenia w jakiejś dziedzinie. A czasem chodzi o coś więcej. Tak naprawdę każdy z podpunktów, które wymieniam w tym artykule, ma wpływ na naszą pewność w przekonywaniu.

A co ludzie mogą od nas czuć, jeśli nie absolutną pewność pomysłu?

  • Lelum polelum

„Fajnie by było, logicznie uważam, że należy tak postąpić, należy to zrobić, należy w to wierzyć”. Ale kiedy ktoś dopyta: „stary, naprawdę w to wierzysz?” – zaczyna się wahanie. Lekkie zbaczanie z tematu i wewnętrzne powątpiewanie, czy to aby rzeczywiście taki dobry pomysł jak się wydawało. Kiedy jest w nas takie lelum polelum, innym trudniej jest zaufać i w konsekwencji – przekonać się do tego, co proponujemy.

  • Brak chęci zawalczenia

Naprawdę w to wierzymy. Wiemy, że to jest dobre. Naprawdę nam zależy. Ale nie na tyle, żeby zawalczyć. Szybko odpuszczamy. Być może czyjś opór nie wprawia naszego przekonania w zachwianie, ale sprawia, że nam się odechciewa. W konsekwencji nie dociskamy, nie próbujemy się przebić, tylko rezygnujemy.

  • Jest wiara i energia, ale nie wzbudzająca zaufanie

Kojarzysz ludzi, którzy po wyjściu ze szkolenia motywacyjnego chcą od razu zmieniać świat? To była istna plaga w Polsce w latach 2006-2010, kiedy rozwijał się u nas rynek szkoleniowo-coachingowy. Ludzie po kursach np. z NLP wychodzili nakręceni, z błyszczącymi oczami i pełni podniecenia, że teraz już wszystko rozumieją i będą zmieniać świat, mówić innym, jak mają żyć. I ci ludzie naprawdę w to wierzyli, naprawdę mieli dobrą intencję. Poznali sporo dobrej wiedzy, którą od razu chcieli się dzielić.

Czemu to rzadko działało? Czemu nie wzbudzali zaufania? Ponieważ to, co od nich biło, to napalenie. Takie trochę dziecinne. Wydawało im się, że mają tę niosącą energię i są przygotowani, ale to nie była prawdziwa energia niosąca ani prawdziwa pewność siebie – to było tylko napalenie.

Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że tak wyglądamy z boku. Bardzo w coś wierzymy, ale nie jesteśmy przekonywający, ponieważ czuć od nas pewną naiwność. Wierzymy mocno – to fakt – ale raczej naiwnie niż dojrzale.

 

Jak być bardziej pewnym swojego zdania?

Lelum polelum, brak woli walki czy nadmierne napalenie świadczą o braku pewności siebie. Braku pewności swojego zdania, która daje siłę przebicia i wiarę w to, że to, do czego chcę przekonać, jest naprawdę ważne. Jeśli identyfikujesz w sobie te cechy, to warto postawić sobie za cel, żeby się osadzić, być ugruntowanym i nie bać się zawalczyć o swoje – wtedy ta pewność siebie będzie dojrzalsza.

Ona wypływa z odpowiedzi na pytanie: dlaczego to tak naprawdę jest ważne dla mnie i co tak naprawdę jest w tym ważne? Im bardziej sami siebie przekonamy, tym większą siłę przebicia będziemy mieć. Spokojna pewność siebie, wypływająca z faktu, że wiemy, co mówimy i pokazujemy komuś świat, za który jesteśmy gotowi walczyć, ma ogromną moc oddziaływania. Przygotujmy się. Dajmy sobie na to czas i nie bójmy się koncentrować na rzeczach, które są dla nas ważne – myśleć o nich więcej i aktywnie szukać dla nich uzasadnienia.

 

Pułapka oczekiwań

Jak często zdarza się nam mieć jakiś pomysł i iść do kogoś z oczekiwaniem, że zostanie on wysłuchany, zrozumiany i zaakceptowany? To nie musi być bardzo świadome oczekiwanie – po prostu nie spodziewamy się, że może być inaczej. Nie spodziewamy się oporu, niechęci, kontrargumentów czy zwykłego „nie, wiesz co, jakoś nie bardzo”. Tak oto odbijamy się od ściany.

Dziecko, partner, rodzic, pracownik czy szef nie przyjmuje od razu tego, co mamy do przekazania. Czujemy się wybici i sfrustrowani, pojawia się stres, a w głowie myśli: „jak on może tego nie rozumieć!”. Oczekiwaliśmy, że pójdzie bez problemu, nasze argumenty zostaną łatwo zaakceptowane, a tymczasem – ściana. Żądanie i oczekiwanie od świata, że ludzie nas wysłuchają i zaakceptują pozostało bez odpowiedzi. A w każdym razie bez takiej, jakiej się spodziewaliśmy.

W efekcie odchodzimy zrezygnowani, a często też rozgniewani. W końcu jak nie udało się od razu, to nie uda się już w ogóle. Paskudne uczucie, które zna prawie każdy. Jest jednak sposób, aby nie plątać się w tego typu sytuacje.

Jak nie wpadać w pułapkę oczekiwań?

Tym sposobem jest cierpliwość. To ona musi stanowić dla nas punkt wyjścia, jeśli chcemy kogoś do czegoś przekonać. Oczywiście nie chodzi o odwlekanie i pozwalanie drugiemu człowiekowi, by w nieskończoność podejmował decyzję (bo wtedy najczęściej nie podejmie żadnej). Chodzi przede wszystkim o zrozumienie, że przekonywanie jest procesem i jako takie ma swoje etapy.

Więcej o etapach przekonywania i o tym, o co naprawdę chodzi w całym tym procesie, będę mówił podczas czwartkowego webinaru, na który już teraz serdecznie zapraszam. Szeroko piszemy też o tym w książce wraz z dziennikarzem Wojtkiem Maroszkiem, która do oficjalnej sprzedaży wejdzie w listopadzie, a już w przyszłym tygodniu możecie spodziewać się prapremiery i możliwości zamówienia pierwszych egzemplarzy w niższej cenie. Bądźcie czujni, bo ta książka będzie czymś naprawdę dużym i ważnym!

Powracając jednak do pułapki oczekiwań – aby w nią nie wpaść, trzeba mieć w głowie, że nie idę teraz na spotkanie po to, żeby coś sprzedać czy kogoś przekonać do pomysłu, tylko żeby zrozumieć, czego będę potrzebował na kolejnym spotkaniu, by dotrzeć do tej osoby. Trzeba więc zmienić cel i nieco poszerzyć perspektywę. Nastawić się na więcej niż jedno spotkanie. Nie oczekiwać odpowiedzi od razu. Dać człowiekowi czas, aby mógł przetrawić naszą propozycję. Nie cisnąć go po pierwszych kilku zdaniach. To kluczowe kwestie, jeśli nie chcemy wpaść w pułapkę oczekiwań, która zawsze wiąże się ze stresem.

 

Obawa przed konfrontacją

Gdyby te wszystkie punkty były spełnione, to człowiek miałby więcej odwagi by się konfrontować. Ale jest coś takiego, że sama rywalizacja jest dla kogoś czymś nieprzyjemnym – oczywiście można wnikać, ze to dlatego, że boi się oceny, krytyki czy porażki i to może być źródłem, ale ludzie mają często awersję.

Aby kogoś do czegoś przekonać, musimy się z tą osobą skonfrontować. Moja wersja świata spotyka się z jej wersją świata. Moje argumenty z jej argumentami. Moje zaproszenie do czegoś nowego z jej chęcią, żeby zostało po staremu. Moje przekonywanie z jej oporem.

Mowa więc o konfrontacji. A konfrontacja jest czymś, co wiele osób ma w cieniu – to znaczy nie akceptuje, boi się lub po prostu nie lubi tego.

Pewna moja klientka, dyrektorka w dużej firmie, ma osobowość silnie dyplomatyczno-mediacyjną i chce, aby w każdej sytuacji były dobre emocje i dobra atmosfera. Jakiekolwiek spięcia, jakakolwiek dysputa czy starcie argumentów jest czymś, co ją stresuje – między innymi dlatego, że uważa, że wtedy psuje się relacja.

To jest problem ludzi wrażliwych oraz generalnie problem podejścia anty-mobbingowego, które z jednej strony chroni potrzeby i prywatność ludzi, a z drugiej czyni ich przewrażliwionymi. Trudno z nimi porozmawiać na poważnie czy nieco ostrzej, bo od razu się obrażają. Po części jest to też problem młodego pokolenia, które chce, żeby było fajnie i przyjemnie, a pot i łzy są czymś, od czego uciekają. W takich warunkach – kultury anty-mobbingowej, która zakłada, że musimy być super delikatni w kontaktach z innymi, oraz kultury „ma być fajnie i bez spinania się” – nie ma mowy o skutecznym przekonywaniu.

Bo w przekonywaniu trzeba oczywiście pamiętać o uprzejmości i dbać o pozytywne emocje, ale też liczyć się z tym, że to jednak jest potyczka. Konfrontacja. Pokojowa, ale jednak. W kimś może powstać dyskomfort i to jest normalna część gry.

Na ten dyskomfort – i jako przekonujący, i jako przekonywani – szczególnie wrażliwi są ludzie o silnej cesze ugodowości (ugodowość lub jej brak to jeden z elementów „wielkiej piątki” cech osobowości człowieka). Troskliwi, łagodni i dążący do pojednania. Zawsze skorzy do pomocy i nie lubiący konfliktów.

Jak radzić sobie z obawą przed konfrontacją?

Osoby z natury ugodowe nie zmienią w ciągu kilku tygodni swojej osobowości, ale mogą zmienić pewną ramę i podejście. Aby lepiej przekonywać, muszą wykształcić w sobie mocny kręgosłup zasad w sytuacji, kiedy chcą zadbać o siebie i o biznes, ale jednocześnie utrzymać relację. Problemem jest wpadanie w skrajne myślenie: albo unikamy konfrontacji i wtedy relacja może przetrwać, albo się ścieramy i to od razu prowadzi do konfliktu oraz rozpadu relacji. Życie nie jest jednak czarno-białe. Żeby to sobie uzmysłowić, warto zadać sobie pytanie integrujące: jak mogę przekonywać i stawiać granice, jednocześnie nie narażając relacji na szwank?

To jest szukanie takiego doboru słów, żeby nie urazić, żeby nie zepsuć relacji, a jednocześnie jasno przedstawić swoje zdanie. Często ludzie myślą, że bycie asertywnym czy stawianie granic oznacza bycie niemiłym – tymczasem trzeba przyjąć ramę, że chodzi o podzielenie się swoimi wartościami i stworzenie zasad, które byłyby istotne. A jeśli nie spodobają się innym? Cóż, nie ma w tym nic złego – dopóki ludzie w dojrzały sposób akceptują odmienność poglądów, do rozpadu relacji nie dojdzie. Pytanie, czy warto byłoby utrzymywać relację, w której jedna ze stron jest tak zamknięta na cudze propozycje, wartości i opinie, że od razu reaguje gniewem i stawia znajomość na szali.

 

Obawa przed oceną i krytyką

Przekonując innych, wystawiamy się na osąd. Musimy liczyć się z tym, że kiedy pójdziemy do szefa, by przekonać go do podwyżki dla nas, będzie chciał zweryfikować, czy naprawdę na nią zasługujemy. Proponując pomysł na spotkaniu, inni zweryfikują to, czy mamy odpowiednie doświadczenie i kompetencje.

Ludzie uciekają przed oceną, ponieważ boją się weryfikacji faktów – w czym są dobrzy, a w czym są źli. Psychika dąży do tego, żeby człowiek czuł się dobrze na swój temat, a ocena jest weryfikacją. W rezultacie – może prowadzić do pogorszenia naszego wizerunku, we własnych oczach i w oczach innych ludzi.

Obawa przed oceną pojawia się w dwóch przypadkach.

Nie mamy pogłębionej autorefleksji. Niewiele myślimy na swój temat, nie mamy wyrobionego zdania o swoich kompetencjach czy słabych i mocnych stronach. Nie jesteśmy przygotowani na to, by ktoś zaczął mieć refleksję na nasz temat. Kiedy mówi: „w tym i w tym jesteś słaby”, nie mamy się jak bronić. W głowie brak argumentów, ponieważ wcześniej sami nie podjęliśmy trudu, żeby zastanowić się nad sobą i jakoś ustosunkować się do swoich cech, emocji czy kompetencji. Wtedy łatwiej przyjąć to, co ktoś mówi na nasz temat, za prawdę objawioną. A to może boleć.

Z drugiej strony – możemy mieć tę autorefleksję, która jednak sprowadza się głównie do zadawania sobie pytań bez odpowiedzi. „Czy na pewno jestem w tym dobry, kompetentny? Jak ludzie mnie oceniają? Bo ja nie wiem, jak mnie oceniają, nie wiem, po czym poznać, że jestem kompetentny…”. W takim wypadku znów może się okazać, że ktoś, kto nas ocenia, negatywnie ustawi nasz pogląd na samych siebie. Dostaniemy tę odpowiedź, ale wcale nie będzie ona wzmacniająca. A być może wzmocni – ale negatywne przekonanie, które już mieliśmy na swój temat. Myśleliśmy: „jestem do niczego, niewiele potrafię, jestem za młody, nie wychodzi mi” – i nagle ktoś mówi: „jesteś za młody i nie wychodzi ci”. No patrz!

Jest się zatem czego obawiać. A to hamuje przed skutecznym przekonywaniem. Mając z tyłu głowy tego typu obawy, będziemy grać ostrożnie, nie wychylając się za bardzo. Chęć, by nie zostać ocenionym, będzie silniejsza od chęci, by przekonać.

 

Jak radzić sobie z obawą przed oceną i krytyką?

Ocena nie musi być krytyką, ale krytyka zawsze jest oceną. Tutaj głównym problemem jest to, że bierzemy tę krytykę do siebie i się z nią utożsamiamy. Traktujemy jako wyrocznię na kolejne tygodnie i lata. Między innymi dlatego, że nie jesteśmy odporni na ocenę (brak autorefleksji i ugruntowanego poczucia wartości), ale również dlatego, że nie przygotowaliśmy uzasadnienia naszego zdania i nie mamy tak naprawdę riposty na tę krytykę. Bo gdybyśmy mieli ripostę i kontrargument na to, że pomysł jest beznadziejny albo że jesteśmy niedojrzali, byłoby nam łatwiej. Mielibyśmy większą odwagę mówić o tym, co dla nas ważne.

Nigdy nie jest miło słuchać krytyki, bo jest to pewien strzał, który dostajemy w głowę, niemniej musimy brać każdą krytykę i weryfikować ją. „Dobra, skoro on tak uważa, to jaka jest prawda? Czy ja się z tym zgadzam? Czy to jest fakt, czy tylko po części fakt, czy w ogóle nie jest to prawdziwe?”. Gdybyśmy byli przekonani co do naszych kompetencji, doświadczenia czy pomysłu, to ta krytyka tylko przez chwilę byłaby niemiła, a potem już nie zaburzałaby naszych emocji.

Dlatego ponownie trzeba wrócić do wzmacniania wiary w swój świat, w swoje argumenty i przekonania, a także stale pracować nad samooceną i poczuciem wartości. Tylko to może uchronić nas przed stresem, jaki wiąże się z byciem ocenianym i krytykowanym.

 

Obawa przed odpowiedzialnością

Nie mamy tej siły przebicia, bo z tyłu głowy obawiamy się, że kiedy kogoś przekonamy do naszego pomysłu, to teraz naszą odpowiedzialnością będzie go wdrożyć. Często zdarza się to w organizacjach: „o, świetny pomysł, dobra, to zrób to”.

To jeden aspekt obawy przed odpowiedzialnością – że spadnie ona na nas w związku z tym, co zaproponowaliśmy, a nie chcemy tego dźwigać na sobie.

Drugim i częściej występującym aspektem tej obawy jest to, że mój pomysł nie wypali albo będzie zły czy niekorzystny i w rezultacie będę czuł się winny – bo to, co zaproponowałem czy sprzedałem, nie działa. Z tego też po części biorą się wspomniane wcześniej lelum polelum oraz „zależy mi, ale nie mam siły przebicia”. Kiedy ktoś ma obawy pod tytułem „a co, jeśli to okaże się słabe? Jeśli oni mi uwierzą, a ja ich zawiodę?”, wtedy będzie uciekał od odpowiedzialności. Czyli, w praktyce, nie będzie przekonany do tego, czy powinien przekonywać. Chętnie będzie opowiadał o swoim pomyśle znajomym czy gdzieś w kuluarach, tak niezobowiązująco, ale koniec końców nie przedstawi go tym osobom, którym trzeba. Obawa przed poczuciem winy i zawiedzeniem czyjegoś zaufania jest silnie ograniczająca.

Jak radzić sobie z obawą przed odpowiedzialnością?

Czy ja się boję, że zawiodę zaufanie i że będę miał poczucie winy, jeśli mój pomysł, idea, produkt będzie słaby? Kiedy przyznamy się do obaw, sami przed sobą lub przed kimś zaufanym, to wtedy mogą one zniknąć lub znacznie się osłabić. „Nazywaj rzeczy po imieniu, a zmienią się w oka mgnieniu”. To emocja – kiedy ją nazwiemy, stwarzamy możliwość, by odeszła. Warto przy tym powiedzieć sobie: „mimo że się obawiam, to podejmuję to ryzyko, że może na mnie spaść fala krytyki oraz że ktoś może się czuć zawiedziony”.

Kolejna rzecz, którą dobrze zrobić, to zabezpieczyć się. Powiedzieć innym: „słuchajcie, ja jestem do tego przekonany, wierzę w to dlatego, że… (i tutaj argumenty), natomiast nie mogę dać gwarancji. Według mnie moja propozycja jest najlepszą z możliwych, ja w to wierzę (zapewnienie o własnej wierze jest ważne, działa na innych ludzi), natomiast nie mogę zagwarantować, że to wypali”. Powiedzenie na głos, że nie możemy dać gwarancji, zabezpiecza nas biznesowo, wizerunkowo i pod kątem relacji. Oczywiście ktoś może nas potem obarczyć winą czy nas skrytykować, ale zawsze mamy to zabezpieczenie: „hej, no, ja w to wierzyłem, popełniłem błąd, ale nie dawałem gwarancji”. Chodzi o to, że część odpowiedzialności, której się obawiamy, jest tu przerzucona na drugiego człowieka. Bo ostatecznie to on podejmuje decyzję – my tylko uczciwie informujemy, że według nas to jest dobry pomysł, no, ale nigdy nie wiadomo, czy na pewno wyjdzie.

 

Złe przygotowanie i brak perspektywy drugiej osoby

Dla wielu ludzi to oczywiste, że muszą się przygotować nim zaczną przekonywać, więc przed spotkaniem robią sobie notatki czy wypisują argumenty. Ale jaki błąd często popełniają? Że bardziej przygotowują się pod kątem tego, co chcą powiedzieć, a nie tego, jak faktycznie będzie wyglądała rozmowa. Ustalają agendę, co chcą omówić na spotkaniu, a nie doprecyzowują sobie celu, co i kiedy chcą uzyskać. A do tego argumenty, które przygotowują, są przekonujące dla nich samych – ale nie biorą pod uwagę, czy na pewno trafią akurat do tych ludzi. Tak oto wpadamy w pułapkę oczekiwań. Jak przygotować argumenty pod konkretnego człowieka czy grupę ludzi oraz jak na spotkaniu uniknąć 10 najczęstszych błędów – będę mówił podczas bezpłatnego webinaru, już w najbliższy czwartek.

Oprócz przygotowania merytorycznego, musimy podjąć trud zajrzenia pod kopułkę rozmówcy. Jeśli nie rozumiemy jego perspektywy, to odbijemy się od niego. Empatia jest zatem kluczowa, a o tym, jak lepiej rozumieć drugiego człowieka i wychodzić mu naprzeciw, również będę mówił podczas webinaru. Na teraz, w ramach anegdoty, opowiem o tym, jak sam wykazałem się brakiem zrozumienia i przez to – nie przekonałem.

Wspominałem już, że wraz z Wojtkiem Maroszkiem piszemy książkę, która za niewiele ponad miesiąc wejdzie do sprzedaży. Końcówka prac nad projektem, który trwał ponad dwa lata, to zawsze gorący okres. Na finiszu często jest najwięcej do zrobienia. W naszej współpracy to głównie Wojtek odpowiada za pisanie, szlifowanie, redagowanie – ja przede wszystkim dostarczam merytorykę, z której on potem rzeźbi płynny tekst. Pod koniec prac nad książką we mnie obudził się entuzjazm – bo to już końcówka, bo zaraz premiera, ależ to będzie dzieło! Ale ekstra! I tym entuzjazmem chciałem się dzielić, jednocześnie sugerując ostatnie zmiany w prawie już gotowym tekście.

Zacząłem podrzucać Wojtkowi nowe pomysły, co jeszcze można zmienić, jak jeszcze można ulepszyć książkę i oczekiwałem takiego samego entuzjazmu, jaki był we mnie. A nie wziąłem pod uwagę, że on w tym czasie bije się w polu – kończy, redaguje, dopina wszystko i ma dużo roboty. Oczekiwałem pozytywnej odpowiedzi i wdrożenia zmian, a dostałem ochrzan, żeby już nic więcej nie dorzucać i nie oczekiwać entuzjazmu, podczas gdy on ma teraz najwięcej na głowie. Oczywiście ostatecznie dogadaliśmy się i wszystko jest OK, niemniej nie wziąłem perspektywy drugiej strony pod uwagę i przez to odbiłem się od ściany. Swoją drogą, to ostatnie zdanie sporo podpowiada na temat tego, jaki będzie tytuł naszej książki 🙂 Przypominam, że już na dniach prapremiera!

Bezpłatny Live – 11.10.2018, o godz. 20:00:

Jak przekonywać innych i radzić sobie w każdej sytuacji.

Ten trening on-line jest dla Ciebie jeśli:

  • Twoja praca polega na kontakcie z człowiekiem, szefem lub klientem i musisz przekonywać tych ludzi do swojego pomysłu, idei, produktu.
  • Chcesz dowiedzieć się jakich błędów unikać podczas rozmów, aby nie doprowadzać do konfliktów i kłótni
  • Interesują Cię skuteczne i sprawdzone sposoby na odpieranie bezpodstawnych zarzutów 
  • Chciałbyś być lepiej przygotowany do spotkań

Przez 60 min masz gwarancję 100% merytoryki.

O 21:00/21:15 nastąpi premiera Akademii Przekonywania i Sprzedaży idei oraz Akademii Lidera z premierową ceną dla wszystkich uczestników live.

Więcej szczegółowych informacji oraz możliwość zapisu znajdziesz > w tym miejscu <

Adam Dębowski

Adam Dębowski

Od 2005 roku pomagam ludziom w podnoszeniu ich efektywności osobistej, biznesowej, kompetencji miękkich, uwalnianiu się od wewnętrznych blokad i emocji, a firmom i menadżerom w zmianie i zarządzaniu zespołem. Moja osobowość i wartości bardzo pomagają w prowadzeniu mediacji w firmach, między organizacjami i osobami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *