Stało się – nagrałem swój pierwszy podcast!

O czym jest?

O tym, co w ostatnim czasie okazuje się ważne i interesujące dla wielu. Dostaję sporo zapytań o to, jak naprawdę wygląda praca coacha, doradcy, trenera – generalnie kogoś, kto pracuje indywidualnie z drugim człowiekiem.

Tak się składa, że sam od kilkunastu lat wykonuję taki zawód, a swoich kursantów przygotowuję do wejścia na tę ścieżkę zawodową. Przyszedł czas, bym podzielił się swoją historią.

Jak zaczynałem. Przez jakie trudności przeszedłem. Co muszę robić, aby nie tylko utrzymać się na powierzchni, ale też płynąć do przodu. I ile mnie to kosztuje.

To spory kawałek intymnej historii z mojego życia, którą dotychczas się nie dzieliłem.

Przy okazji postanowiłem rozwiać część mitów, które narosły wokół coachingu, szkoleń, trenerstwa… całej tej barwnej branży. Wejść na rynek jest łatwo czy trudno? Ile można zarobić, gdy już się wejdzie? A ten cały coaching, to w ogóle ma się dobrze, czy raczej umiera?

Podcast ma formę rozmowy, którą przeprowadził ze mną Wojtek Maroszek. To godzina solidnej wiedzy dla wszystkich, którzy z tych czy innych powodów interesują się zawodem coacha, doradcy, terapeuty, trenera.

Doskonałym uzupełnieniem tej wiedzy będzie dzisiejszy webinar. Podczas spotkania on-line opowiem m.in. o kłamstwach tej branży, w które nie należy wierzyć (w tym o niekoniecznie prawdziwym wizerunku niektórych osób na social mediach), ale też o spełnieniu, pasji i satysfakcji, którą można poczuć w tym zawodzie.

I tak, o kasie też będzie 🙂

Do zobaczenia!

WERSJA dla osób, które lubią słuchać :

 

WERSJA dla osób, które lubią czytać :

Witam wszystkich serdecznie, z tej strony Adam Dębowski.

I Wojtek Maroszek, cześć.

Nagrywamy ten wywiad ze mną i obaj w pewnym sensie jesteśmy gospodarzami. O tym, jak wyglądała moja ścieżka i jak wygląda moja praca – żeby osoby, które są zainteresowane pracą jako doradca, coach, trener, w tej czy innej postaci, zastanowiły się czy to jest dla nich, czy nie, zainspirowały się. Zaprosiłem Wojtka, żeby pomógł nagrać to w formie wywiadu. Z Wojtkiem współpracujemy od jakiegoś czasu – mieliśmy przerwę, ale teraz znów współpracujemy w zakresie tworzenia contentu i podcastów, z którymi planujemy ruszyć od wakacji.

Czy to jest moment, w którym opowiemy o tym, że tworzymy też książkę od około dwóch lat?

Myślę, że tak, dokładnie tak.

Tak? Ten moment? No to uwaga, to teraz.

To teraz [tydydydy]. Nie mamy jeszcze muzyczek w tle, więc będziemy udawać. To prawda, już nawet nie pamiętam samego początku… wkrótce będziemy pisać rozdział o tym, jak to wszystko wyglądało, ale od dwóch lat tworzymy, nie pamiętam czy od sierpnia, czy od września…

Jakoś w wakacje. Tak, jest to projekt, który trwa dwa lata i już dobiega końca, i tylko krótko zajawmy, że jesienią wyjdzie nasza wspólna książka, która również w dużej mierze będzie wywiadem – także we wspólnych rozmowach, we wbijaniu sobie nawzajem szpilek i zadawaniu niewygodnych pytań, mamy już pewne obycie.

To prawda.

Zobaczmy więc, jak wyjdzie nam to też dzisiaj, a dzisiaj chcemy porozmawiać o tym, o czym już wspomniałeś – jak wygląda praca doradcy, tak na żywym przykładzie, na żywym organizmie Adama Dębowskiego.

Czasami dogorywającym.

Ano właśnie, bo przecież jak czasem nie mogę się z tobą zdzwonić czy skontaktować nieraz przez dłuższy czas, to wychodzi na to, że prowadzisz szkolenie, potem jesteś na szkoleniu, potem masz cykle coachingowe, a potem jeszcze łączysz to z rodziną i różnymi innymi aspektami życiowymi. Więc wygląda to na pewien uporządkowany chaos, nazwijmy to.

Dobrze powiedziane. Dla mnie zawsze był ważny porządek, ułożenie, ale zarazem starając się zawsze rozwijać mentalność przedsiębiorczą. Faktycznie jest dużo zmiennych chaosu, dlatego zaśmiałem się, że dogorywający, bo były takie czasy, kiedy niekoniecznie było tak fajnie, jak w ostatnich 2-3 latach. Były takie momenty „nieżywe” w pewnym sensie, bo było ciężko. O tym też dzisiaj opowiemy.

To może skoro już jesteśmy przy tym temacie – zaraz pewnie płynnie przejdziemy do tego wątku, jak to się u ciebie zaczęło, jaką drogę przeszedłeś, ale jeżeli już jesteśmy w punkcie, w którym jesteś teraz – to mówisz, że bywa ciężko, że masz dużo zadań, duże obłożenie. Na czym to obłożenie polega?

 

Obłożeń będzie kilka. Kiedyś – wrócimy do tego – były obciążenia związane z niepewnością, z tym, że nie były takie zarobki, jakie bym chciał, że nie kręciło się tak, jak bym chciał. Obecnie, od ostatnich 2-3 lat, które są najlepszymi latami w mojej 10-letniej karierze – bo w zeszłym roku czyli w 2017 roku jesienią minęło symboliczne 10 lat od założenia firmy wraz z moją żoną Kamilą, ale pierwsze szkolenie poprowadziłem w 2006 roku, więc mija 12 lat praktyki – trzy ostatnie lata są najlepsze, a ten rok będzie rekordowy, wydaje się.

Ale też zdaje się, że ciebie to najwięcej kosztuje.

Właśnie fajne jest to w ostatnich w szczególności dwóch latach, że tych obciążeń jest znacznie mniej. Czasami z zewnątrz to wygląda – klienci tak to postrzegają czy współpracownicy – że tych rzeczy jest mnóstwo. A ja, patrząc w kalendarz, mam subiektywne poczucie, że wolnego czasu jest znacznie więcej. Jak sobie analizowałem liczbę godzin – bo od czterech lat mocno analizujemy statystyki, ile czasu co zajmuje, ile pieniędzy, na co dokładnie się wydaje i tak dalej – to okazuje się, że mamy o 20-30 proc. więcej wolnego czasu. Wieczory wolne – kiedyś tak nie było, weekendy wolne – kiedyś tak nie było… i dni wolniejsze w ciągu tygodnia – więcej przestrzeni, a jednocześnie zarobki o 20-30 proc. większe. Więc to jest fajny okres, ale pod kątem obłożenia to jest tak, że na przykład jest ciąg dwóch tygodni, kiedy prawie codziennie mam cały dzień sesje coachingowe, następnie cały dzień nagrywania materiałów takich jak ten, a później przez trzy dni wyjazdowe szkolenie. I to czasami bywa obciążające – i dla mojego systemu nerwowego, pomimo że nie działam pod żadną obcą presją i finanse się zgadzają, to jednak czuję zmęczenie, które może doprowadzać do mocnego przeciążenia. Drugi rodzaj obciążenia jest taki, że pomimo tego, że żyjemy na dobrym poziomie, to jednak nasze ambicje, plany długoterminowe, powodują, że pomimo dobrego statutu finansowego, wizerunkowego czy dobrej jakości życia – to jest za mało.

Zawsze jest za mało.

Tak, to prawda, ale to wynika z konkretnych planów – mamy poczucie, że robimy za mało albo coś robimy źle i wtedy jest obciążenie, poczucie, że mógłbym lepiej, w szczególności porównując się do innych.

Tym niemniej mówisz, że teraz okres wbrew pozorom nie jest już naznaczony taką ilością obciążeń, taką ilością pracy, jak dawniej. Masz wolne wieczory, wolne weekendy i postrzegasz to jako luksus, na który wcześniej nie mogłeś sobie pozwolić. Czyli jest trochę tego czasu wolnego, jest trochę luzu, kasa gra – jest to pewien dobry etap, na który sobie zapracowałeś. Tak bym to rozumiał.

Zapracowaliśmy razem z Kamilą i zespołem, ale mówiąc o mnie – tak, ja też zapracowałem.

I teraz znajdując się w tym punkcie, gdy spojrzysz wstecz – droga do osiągnięcia tego punktu, w którym masz swoją firmę, ale poniekąd jesteś wolnym strzelcem, jak każdy przedsiębiorca – bazujesz na tym czy przyjdą do ciebie klienci, czy będą zlecenia, czy będzie zapotrzebowanie na produkty, jednocześnie masz pewien luz z tego wynikający, że jesteś sobie szefem. Kasa się zgadza, plus robisz to, co tak naprawdę zawsze chciałeś robić. Ta praca jest pasją i to jest to, co ludzi wielokrotnie przyciąga do doradztwa czy coachingu.

Zaznaczę, że pomimo tego, że w ciągu w szczególności ostatnich trzech lat jest wyrazisty wzrost tych rzeczy, na których nam zależy, to w każdym roku coś się dzieje. W każdym roku jest taki moment „fuck”. Moment dziwny. Miały być jakieś kontrakty, a znikają. Później, w ciągu na przykład pół roku, to się jakoś tam odradza, ale jest moment dziwny, niepewny. Masz nadzieję, że każdy miesiąc będzie dobry, a nagle „bam”. Albo spodziewasz się, że coś, co zrobisz w internecie, będzie miało znacznie lepsze zasięgi. Nagle ludziom się to nie tyle nie podoba, bo ja nie doświadczyłem jakiegoś szeroko zakrojonego hejtu, ale nie podoba się to tak, jak byśmy oczekiwali. Albo, co jest najgorsze – dla mnie, który jest przedsiębiorcą, doradcą, coachem – czuję się też poniekąd jako twórca. W takim sensie, że wytwarzam programy, wytwarzam pomysł, w jakim kierunku idzie firma, wytworzyłem koncept CVP, miałem pomysł na taką czy inną książkę. Ta praca jest bardzo obarczona procesem twórczym. Nie jestem malarzem czy artystą, ale jest to pewnego rodzaju proces twórczy. Są na rynku trenerzy, którzy realizują pewne programy. Kupują licencję albo według licencji się kształcą i realizują przez lata ten program, dobrze zarabiają i się w tym spełniają. Ale nie wytworzyli książki, nie wytwarzają programu i tak dalej. Ja od zawsze miałem taką ambicję, ale też potrzebę wytwarzania. Z jednej strony to jest fajne, a z drugiej bardzo obciąża umysł. I w chwili, kiedy nie mam wyrazistego pomysłu, kiedy nie czuję, że ten pomysł jest unikalny na tle rynku albo wystarczająco sexy, albo żeby wystarczająco się sprzedawał – to mam taką twórczą melancholię. Twórczą depresję. Nie w sensie, że ja popadam w depresję, tylko często mam takie myśli: „czy to, co ja tworzę, jest wartościowe?” Mamy często takie rozmowy z Kamilą – Kamila jest moją żoną, przyjaciółką, wspólniczką, ale też co pewien czas terapeutką, bo wysłuchuje moich żali, dylematów czy narzekań – i to mi pozwala poukładać myśli. Czasami pod kątem tych obciążeń – jeśli ktoś szedłby w takim trybie jak ja, że chciałby być twórcą swojej ścieżki, programów – to bywa to bardzo obciążające dla psychiki, i nawet jeśli moje poczucie wartości jest w miarę stabilne, to jednak często się porównuję: a tamten ma lepiej, a tamten ma coś tam, a tu mógłbym lepiej… trochę, mam wrażenie, tak jak wokalista, który wypuszcza piosenkę stworzoną z duszy, z serca, a ludzie przełączają kanał.

No, wykładasz na stół kawałek siebie. To jest nie tyle dylemat, co pewna bolączka wszystkich twórców i koszt, którzy ponoszą rzemieślnicy, artyści, ludzie, którzy właśnie wykładają tę część siebie na zewnątrz. Pokazują ją światu, czyli pokazują też siebie, jest to więc pewnego rodzaju odkrycie siebie, pokazanie siebie, pokazanie swojej wrażliwości – wystawienie się na potencjalny strzał, tak naprawdę. Także zdaje się, że jest to zrozumiałe. Pytanie, czy jest to konieczne w pracy coacha, doradcy. Czy ktoś, kto idzie w tym kierunku zawodowym albo myśli o tym – czy musi się nastawiać również na to, czy jest to raczej twoja rzecz?

To jest moja i tak jak uczę wiele osób – są różne modele, które tłumaczą typy osobowości człowieka. My sami korzystamy z pięciu różnych modeli, dzięki którym można się sprofilować, jakim człowiekiem się jest. Można powiedzieć, że w przypadku pracy jako doradca, coach, trener i tak dalej, mamy też pewne typy. Ja jestem typem, który zawsze chciał i się w tym realizuje, i z roku na rok w tym wzrasta – nie jestem w tym ani najlepszy, ani największy, ale w tym kierunku wzrastam, że łączę bycie doradcą, coachem, z byciem przedsiębiorcą. Zależy mi na tym, by rozwijać firmę, więc nie jestem freelancerem, tylko mamy ośmioosobowy team, który w tym roku pewnie powiększy się o kolejne dwie osoby; szukam też innych biznesów, w międzyczasie zakładałem dwie inne firmy – które się nie rozwinęły tak, jak bym chciał, a jedna upadła z kretesem – a jednocześnie chcę tworzyć. Mam ambicję, potrzebę, stworzenia własnego programu, który będzie unikatowy. Ale wielu coachów, terapeutów, psychologów czy doradców nie musi tak działać. Po prostu jest w czymś wyedukowany, zna swoje narzędzia, zna swoją pracę i jest zatrudniony jako jednoosobowa firma do projektów. I w tym może spędzić 20-30 lat życia – nie wymyślając nic nowego, nie będąc przedsiębiorcą, tylko realizując program. Plus jest taki, że jest to trochę spokojniejsze życie lub znacznie spokojniejsze, bez presji i tak dalej, ale minusem jest to, że jeśli osoba nie znajdzie swojej niszy, swojego rynku czy firm, z którymi będzie współpracowała przez wiele lat – bo nie chodzi o pierwsze trzy lata, tylko na przykład 20 kolejnych lat – to wtedy może sobie nie poradzić. Był taki okres lat 2008-2012, kiedy na świecie był główny okres kryzysu. Polska była zieloną wyspą, więc aż tak nas to nie dotknęło, ale słychać było na rynku, jak niektóre firmy szkoleniowe upadają, a w związku z tym trenerzy tracą pracę. Oni sobie zarabiali 5, 10, 20 tysięcy miesięcznie – wpadali na szkolenie i wypadali, bardzo wygodna praca tak naprawdę. Dlatego ten rynek przyciągał i przyciąga bardzo wiele osób, które są zmęczone własną firmą czy korporacją, myślą sobie: „o, to ja będę wpadać na salę szkoleniową, poopowiadam ludziom czy dam im ćwiczenia do zrobienia przez osiem godzin i zarobię 500, tysiąc, dwa, pięć tysięcy za dzień”. I ktoś sobie przelicza razy pięć, 10, 20 dni w miesiącu i wydaje mu się, że ma kupę kasy.

I do jakiego stopnia to wyobrażenie jest prawdziwe? Bo do jakiegoś pewnie jest, a pewnie też nie do końca.

Gdy ten wywiad będzie opublikowany, na naszym blogu już powinien być artykuł o zarobkach ekspertów, więc zachęcam: adamdebowski.pl/blog i tam jest więcej szczegółów. Można sobie przeliczyć pewne fakty. Natomiast wszystko to, co wyliczamy – trzeba odjąć od tego od 30 do 50 procent, bo normalnie człowiek, jak sobie wylicza, nie uwzględnia na przykład VAT-u i podatku dochodowego. Ponieważ ja zarabiam tyle, ile zarabiam, to nie mogę być nie-VAT-owcem. Jak ktoś jest coachem, który zarabia – nie pamiętam dokładnie – do 200 czy 250 tysięcy rocznie, to może nie brać VAT-u. Czyli jak bierze 300 czy 500 zł za sesję, to nie ma w tym VAT-u. Musi tylko rozliczyć się podatkiem dochodowym. Jeśli jest samozatrudniony – to 19 proc. Jeśli w jakiś inny sposób się rozlicza – to klasycznie, PIT-owo. U mnie, od ceny za stawkę za coaching czy za dzień, muszę odjąć 23 proc. VAT-u i jeszcze 19 proc. od tego, czyli pi razy oko 40 procent muszę odjąć. Oczywiście mając firmę mogę pewne rzeczy wrzucić w koszty, ale nigdy nie mam tyle kosztów, żeby sobie to całkowicie odjąć. Więc to jedna rzecz. Dwa – są takie osoby, które jako trenerzy czy terapeuci pracują na przykład 20 dni pod rząd. Mają cudowny okres, kiedy mają tyle zleceń, że mają zapełniony cały kalendarz.

I teraz mi zapachniało wypaleniem. Ale może to tam z kuchni.

Na szczęście to nie ja. Tak niestety jest – można mieć cudowny okres, kiedy faktycznie ma się tyle zleceń, ale praca terapeuty, coacha, doradcy trenera, mówcy, jest bardzo energo-wyczerpująca. Samo mówienie, sama praca z ludźmi, zderzanie się z ich oporem i tak dalej, bywa bardziej wyczerpujące – momentami, nie zawsze – niż praca menadżera czy przedsiębiorcy. Jest wiele technik, narzędzi, żeby sobie radzić z tą własną energią, ale nie zawsze. Realnie – ja na przykład, żeby u siebie zachować równowagę psycho-fizyczną i mieć czas na rozwój firmy, mieć czas na własny rozwój i edukację – mam określone, że maksymalnie jestem w stanie pracować w polu, w terenie – czyli sesje coachingowe, doradcze i szkolenia – 10-12 dni. Jeśli pracuję więcej niż 12 dni dwa miesiące z rzędu, to czuję wyczerpanie oraz czuję, że zaniedbuję maile, pracowników, pracę koncepcyjną, i tracę to, co jest dla mnie ogromnie ważne – potrzebuję widzieć fokus, wizję, w którym kierunku to zmierza, a nie tylko, że zasuwam i zasuwam.

Czyli poza tymi 10-12 dniami zajmujesz się pracą bardziej twórczą, o jakiej wspomnieliśmy – projektujesz szkolenia, masz różne pomysły, działania marketingowe, przedsiębiorcze, biznesowe. Ale teraz załóżmy, że ktoś decyduje się zostać coachem, doradcą, terapeutą, przyjmie ten próg 10-12 dni w miesiącu, i teraz pytanie – czy miesiąc roboczy faktycznie składa się u takiego człowieka z 10-12 dni i z tego są niezłe pieniądze, czy co dzieje się w pozostałym czasie?

Nie, nie. W pierwszym okresie 2-3 lat, kiedy trzeba się cały czas doszkalać, nawet jak u nas ktoś kończy roczną czy półtoraroczną – w zależności od tego, ile mu to zajmie, przyjmijmy, że półtoraroczną – szkołę doradców, to jest to dopiero pierwszy etap. Następnie zaczyna praktykować, żeby się certyfikować. Po dwóch latach jest proces wejścia w rynek. Oczywiście jeśli ktoś wcześniej był już… na przykład ma 40-kilka lat, jest doświadczonym menadżerem, przez wiele szkoleń przeszedł, ma dużą wiedzę i dużo kontaktów, i tak naprawdę często jest tak, że menadżerowie, pomimo tego, że pracują w korporacji, nie mają doświadczenia coachingowo-doradczo-trenerskiego – znajomi ich proszą, żeby przeprowadzili szkolenie wewnętrzne. Więc mają już klientów i doświadczenie. Oni są w stanie szybciej wejść. Po półtora roku są w stanie być w rynku i zarabiać pierwsze pieniądze. Natomiast – można powiedzieć – zielony człowiek, który nie ma doświadczenia, po dwóch latach zaczyna wchodzić w rynek i zdobywać pierwszych klientów. A żeby zdobyć pierwszych klientów, trzeba mieć albo dużą siatkę networkingową, znajomych – to jest moment, kiedy ludzie mówią „wreszcie jesteś gotowy, chodź, bo potrzebujemy twojej pomocy” – albo kiedy nie mamy tego, jest moment budowania wszystkiego od początku. Czyli pierwszy rok to budowanie zasięgu w internecie. Gdzie zacząć? W internecie – problem jest taki, że tego jest dużo. Kiedy ja zaczynałem w 2006 czy 2007 roku…

A właśnie, wiedziałem, że prędzej czy później wrócimy do tego tematu.

W jakimś sensie było trudniej, bo ludzie nie byli tak świadomi pewnych potrzeb, ale z drugiej strony było łatwiej, bo w internecie prawie nic nie było. A teraz w internecie możesz znaleźć większość wiedzy, która jest na szkoleniach.

Postawmy tutaj kropkę na chwilę i zaraz wrócimy do tego, jak to było u ciebie po 2006-2007 roku, co tam się dalej działo – natomiast mam tutaj pewien zgrzyt. Mówisz, że trzeba się wypromować w internecie, żeby wejść w rynek.

Jest to jedna ze ścieżek, jeśli ktoś nie ma innej.

Czyli mamy networking – ktoś już miał znajomości, innych menadżerów w firmach, wszedł na gotowe. Po prostu już byli chętni, którzy tylko czekali, aż ta osoba wyjdzie z kursu i będzie mogła świadczyć profesjonalne usługi. Ale z drugiej strony mamy osoby, które nie mają tych kontaktów, nie mają tych znajomości na rynku, i teraz stają się jednymi z wielu identycznych coachów, tak mówiąc brutalnie. „Miło, że ukończyłeś kurs, ale powiedz mi, czym się różnisz od coacha X, coachu Y”.

Jeśli ktoś w ogóle zadaje to pytanie, to już jest o dwa kroki dalej. Bo często jest tak, że rynek nie zadał tego pytania, bo nawet nie wie o istnieniu danego coacha. Jak już jest taka rozmowa, czym się wyróżniasz, to znaczy, że ktoś ktoś mnie pyta i oznacza, że jest jakaś dyskusja,

Czyli jednak trzeba się jakoś pokazać, trzeba coś od siebie dać. Jakoś się odsłonić i zainwestować w tę autopromocję czy też w swoją twórczość. Podzielić się może przemyśleniami w formie bloga czy filmami w internecie.

Rynek idzie w takim kierunku, już tak jest od jakiegoś czasu. Ale gdzie są największe kolejki? Największe kolejki są na dwóch biegunach: u terapeutów, którzy pracują z cięższymi stanami, depresyjnymi, i u nich trzeba czekać kilka tygodni lub 2-3 miesiące, żeby w ogóle zacząć, i to będzie rosło. Więc jeśli ktoś chce mieć gwarancję, to bycie coachem… rynek coachingowy, taki czysty, według mnie umiera. Szkoły coachingu umierają. Rynek nie potrzebuje zwykłych coachów, którzy będą zadawać pytania i robić fajne, inspirujące ćwiczenia, dlatego że w to miejsce wchodzą blogerzy. Blogerzy, którzy potrafią w internecie genialnie zainspirować, podzielić się swoją historią i tak dalej. Stricte rynek coachingowy, który bardzo wyrósł w ostatnich latach, umiera. Świat potrzebuje tych kompetencji, tej wiedzy, która się tam kryje, ale nie potrzebuje coachów w takiej postaci, w jakiej było to przez wiele lat. Więc każda szkoła coachingu, łącznie z naszą, którą prowadziliśmy od 2009 do tak naprawdę 2013 roku, bo potem zmieniliśmy formę i ona wyewoluowała do obecnej formy Szkoły Doradców i Liderów Zmian – wtedy to było związane z tym, że tylko 10-20 proc. absolwentów zaistnieje na rynku. I tak faktycznie jest. Dlaczego? Dlatego, że część osób, która idzie na taką szkołę, tak naprawdę może myśli sobie o tym – ale tak naprawdę nie zostaje, bo czuje, że ona nie chce być takim freelancerem. Druga połowa ma nadzieję,ale nie robi tego, co powinna – nie robi tego konsekwentnie, nie robi tego zgodnie ze sztuką i tak dalej, i dlatego nie jest w stanie zaistnieć. Ale 10-20 proc. zaistnieje, co i tak jest dobrą statystyką, bo w start-upach jest tak, że mniej więcej 1 procent wygrywa na rynku, a tylko 5 proc. firm w ciągu pierwszych pięciu lat przeżyje. Więc i tak, jak 10-20 proc. absolwentów zaistnieje na rynku i zacznie się z tego w ten czy inny sposób utrzymywać, to i tak jest sukces. Powiedziałbym tak – że rynek potrzebuje tych kompetencji, tylko nie potrzebuje coachów. Potrzebuje albo terapeutów, którzy będą potrzebni w tych ciężkich stanach, lub potrzebuje doradców strategicznych. Druga kolejka to są doradcy strategiczni. Mam takiego przyjaciela, który wchodzi do średnich firm, do których konsultanci z EY, McKinseya czy Price’a – nie wejdą, bo są albo za drodzy, albo te firmy rodzinne nie chcą tych „gości z Warszawki”, tylko właśnie wchodzą doradcy strategiczni, którzy pomagają prezesowi czy właścicielowi ustawić tę firmę biznesowo twardo. Tam nie ma mowy o żadnym rozwoju kompetencji miękkich, emocjach. To jest typowo twarda sprawa. I do nich ustawiają się kolejki. Jest cały środek związany z byciem trenerem, psychologiem, coachem, mówcą, czy kimś, kogo my nazywamy nie doradcą, ale doradcą CVP, który ma połączenie wiedzy terapeutycznej ze strategiczną. Na to rynek rośnie. Nie ustawia się jeszcze w kolejce, ale będzie się według mnie ustawiał w kolejnych latach. Ale żeby być takim integralnym doradcą, potrzeba znacznie więcej pracy niż bycie zwykłym coachem. Jeśli ktoś wykształcił się coachingowo w ostatnich latach i chce mieć pracę, to albo musi iść w kierunku doradztwa strategicznego, biznesowego, typowo twardego, albo iść w kierunku terapii – czyli pójść na kursy lub studia terapeutyczne, minimum 5 lat, i uczyć się głębokiej, poważnej, trudnej terapii z zaburzeniami.

Czyli coaching dla coachingu, to już się skończyło, tak jak w pewnym momencie skończyło się NLP. Może nie umarło zupełnie, ale kiedyś to był szał, a teraz…

Świat wciąż potrzebuje tych narzędzi, używają ich terapeuci.

Tylko samo hasło biznesowo już nie działa. To teraz wróćmy do naszej postawionej przed chwilą kropki. Rok 2006-2007. Co właściwie skłoniło ciebie, żeby wejść na tę ścieżkę, wtedy prawdopodobnie jeszcze NLP-coachingową, bo taki właśnie był trend. Od tego się u ciebie zaczęło?

Ja teraz mam 33 lata, więc w 2004 roku szedłem na studia. Moja cała historia zaczyna się tak naprawdę w liceum. W drugiej czy trzeciej klasie trafiłem na książkę „Psychologia sportu”, która mnie wciągnęła. I wtedy, jak był ten trzeci rok, to zastanawiałem się, jakie studia. Z natury rzeczy skupiając się na sobie, było albo zarządzanie, albo psychologia. No i tak sobie nad tym dumałem. Wtedy też, co ważne dla mojej historii przyszłej, bardzo interesowałem się kinematografią. Moja siostra zaciągnęła mnie na pierwszy festiwal filmowy i zacząłem się mocno interesować. Nagrywałem wtedy jeszcze na VHS-y, miałem nimi zapełnioną całą szafę. Nagrywałem wszystkie możliwe filmy z Ale Kino!, które wtedy jeszcze było popularnym kanałem, i oglądałem te filmy. Kinomaniak we mnie się budził – chodziłem na dodatkowe zajęcia, pamiętam że mama zwalniała mnie z matematyki w liceum, żebym szedł do Luny na dodatkowe zajęcia kinematograficzne, uczestniczyliśmy w konkursie Wajdy. To były trzy obszary: zarządzanie, psychologia i gdzieś tam z boku kinematografia, ale nigdy nie myślałem, by iść w kierunku kinematograficznym. Wziąłem udział w konkursie w czasopiśmie „Charaktery” – napisz pracę i możesz wygrać indeks na SWPS, obecnie to jest Uniwersytet SWPS, psychologiczna uczelnia. No i dostałem się do drugiego etapu, gdzie była rozmowa z dziekanem. Czekałem ze dwa tygodnie na decyzję i dostałem telefon, że się dostałem. Czyli wygrałem studia, a one były wtedy płatne z siedem tysięcy za rok. Miałem studia bezpłatnie. Trzy miesiące przed maturą wiedziałem, że jestem na studiach. Więc wtedy, dla młodego mnie, to było… popłakałem się, płakałem jak bóbr. Więc tak, wkręciłem się, napisałem pracę na temat różnych zagadnień psychologicznych, które sobie wtedy kminiłem. Na studiach po pierwszym pół roku pamiętam dwie rzeczy. Jedna myśl była taka: „kurna, niczego praktycznego się tu nie nauczę”, pomimo że wtedy to była najlepsza uczelnia psychologiczna w Polsce i było hasło „z teorią w praktykę”. Ale czułem, że to za mało, więc zacząłem myśleć, co mogę doczytać. Trafiłem w piwnicznym regale mojego taty, gdzie były zbierane stare książki, była książka McDermotta „Trening NLP”. Nie wiedziałem, co to jest, przeczytałem sobie. Pamiętam, że szliśmy na imprezę z Kamilą, wtedy moją dziewczyną, i mówię: „wiesz co, przeczytałem, że jest coś takiego jak coaching, jak NLP, że ludzie są trenerami, że uczą, że jest coś takiego”. Pamiętam, że się tym zajarałem, ale jednocześnie miałem wtedy myśl, rozmawiałem z rodziną: „Boże, no fajna ta psychologia i to, co sobie czytam, ale w życiu nie będę jakimś głupim terapeutą, gdzie jeden na jeden w gabinecie będę wysłuchiwał ludzi, w ogóle co za bezsens” (śmiech). Patrząc na siebie teraz, jest to moje główne zajęcie, kiedy pomagam ludziom jeden na jeden. Ale wtedy coś takiego powstało. Natomiast było mi wtedy za mało i szukałem więcej. Wtedy zaczynał się boom na NLP, neurolingwistyczne programowanie, które – tu od razu zaznaczę – w formie dobrze podanej i dobrze przedstawionej jest bardzo etyczne, mądre i skuteczne. Bo jak ktoś teraz nas usłyszy to pomyśli „zło”, bo w ogóle nie ma pojęcia o tym, co jest. Wielu terapeutów, poważnych, mądrych, na całym świecie korzysta z tych narzędzi, bo to dobre rzeczy, tylko trzeba w odpowiednim kontekście je poznać. Tak naprawdę NLP to są rzeczy wyciągnięte z terapii, z psychologii, żeby w sposób bardziej przystępny zwykłemu Kowalskiemu zaprezentować, jak można sobie radzić. Później trafiłem na osobę, która uczyła moją siostrę angielskiego. Ponieważ ja też chciałem uczyć się angielskiego, a ona go polecała, to poszliśmy razem, z moją drugą siostrą. Na tych zajęciach z angielskiego okazało się, że ten nauczyciel dostosował zajęcia do zainteresowań człowieka. Czyli mojej siostrze dawał materiały o koniach, a mnie o psychologii i opowiadał o tym, że też zna się na takich psychologicznych rzeczach. Okazało się, że to był Mateusz Grzesiak, który teraz jest w Polsce jedną z popularniejszych osób, bardzo kontrowersyjny – jedni go kochają, inni nienawidzą, no ale wtedy uczył angielskiego i był świeżo po kursach Richarda Bandlera.

Czyli ojca NLP, jednego z ojców.

Jednego z kilku ojców, ale najbardziej wyrazistego. To mnie zaciekawiło. Pokazał mi kilka technik, dał mi dodatkowe materiały i zacząłem się tego uczyć. Na rynku coaching nie był wtedy jeszcze popularny, gdzieś tam krążył, ale mocno popularne i przyciągające było NLP. I faktycznie mi pomogło. To były jeszcze czasy – mogę tak mówić, czuję się staro – kiedy wieszał się Windows na PC.

Zrobiłeś mu technikę terapeutyczną.

On mi zrobił.

O proszę.

To ja się zdenerwowałem i byłem zniecierpliwiony. Technika Swish Pattern – przestawianie obrazów w głowie – wywołała u mnie zwiększenie cierpliwości. „Wow, to działa, jestem w stanie wpłynąć poprzez takie proste narzędzia”. Okazało się, że Mateusz zaczął prowadzić pierwsze zajęcia z tych metod. Ponieważ były fajne zajęcia z angielskiego, to poszedłem też na to i byłem na tych jego pierwszych szkoleniach. Później, ponieważ się zakumplowaliśmy, a ja też byłem ambitny i chciałem się szybko wdrażać w taką praktyczną rzecz, pomagałem mu rozwijać – później dołączyła też Kamila, przeszła z Telewizji Polskiej – i wspólnie rozwijaliśmy firmę. Mateusz był wtedy ze swoją poprzednią żoną Gosią. Rozwijaliśmy forum, bardzo wtedy popularne, gdzie dużo wiedzy za darmo dawaliśmy ludziom. Stworzyliśmy też kluby NLP Polska, najpierw w Warszawie, później w kilku innych miastach, gdzie za 30 czy 50 zł ludzie dostawali cały dzień szkolenia, właśnie na temat takiego rozwoju osobistego, praktycznego. To była duża praktyka dla mnie, ale później, po kilku latach, w połowie 2008 roku, nasze ścieżki rozeszły się, ponieważ coraz bardziej uświadamialiśmy sobie z Kamilą, jak bardzo różnimy się w pewnych aspektach wartości, formy przekazu, współpracy, podejścia do biznesu, podejścia do ludzi. Podjęliśmy decyzję, była wtedy dla nas bardzo trudna – ponieważ z Gosią i Mateuszem byliśmy bardzo zżyci pomimo konfliktów, które wtedy narastały i wzajemnych różnic, to byliśmy zżyci – finansowo, bo to była nasza praca i pracowaliśmy nieraz po 14 godzin, wstawaliśmy o 5 rano, żeby zrobić zakupy na salę na tygodniowe szkolenie, wychodziliśmy o 20, później trzeba było coś tam zrobić na sali, o 22 czy 23 do domu – więc bardzo intensywny okres. Wieczorami trzeba było jeszcze forum obsługiwać i tak dalej, i tak dalej. Bardzo intensywny okres, który bardzo dużo mnie nauczył, więc to było cenne, te wszystkie doświadczenia. Natomiast w pewnym momencie te różnice były już zbyt duże i po powrocie z Las Vegas, ze szkoleń Teda Jamesa – byliśmy ponad miesiąc na szkoleniach, gdzie poznaliśmy kluczowe metodologie, które do dzisiaj stosuję, czyli TimeLine Therapy czy poziomy świadomości Gravesa – one mi coś uświadomiły, i podjęliśmy decyzję, że się odcinamy: i pod kątem biznesowym, i rezygnujemy ze współpracy pod kątem finansowym, i kończymy też relację prywatną. To był bardzo trudny moment, bo w 2008 roku, to było 10 lat temu, miałem 23 lata – już z jakimiś tam doświadczeniami występowania na scenie, ale wciąż młody chłopak. Ale już wtedy zyskiwałem zaufanie 10-15 lat ode mnie starszych. Pewna moja wiedza, empatia i tak dalej – trafiały do części ludzi, choć do części też nie, ale o tym jeszcze porozmawiamy, jak trudny emocjonalnie to był okres, gdzie miałem przynajmniej trzy momenty takiego przeciążenia i stanów okołodepresyjnych, że uważałem siebie za żałosnego, małego człowieczka, który nie powinien się tym zajmować. To było momentami za dużo na moją psychikę wtedy. Po powrocie podjęliśmy taką decyzję. Mieliśmy kilka miesięcy, żeby zdecydować, co dalej. Po części wiedzieliśmy – że chcemy dalej być w tym biznesie. No ale jak? W jaki sposób? Stworzyliśmy przez trzy miesiące stronę internetową, stworzyliśmy program, też dzięki temu, czego nauczyliśmy się w poprzednich latach, ale też co otrzymaliśmy od Teda Jamesa wtedy na tych szkoleniach – stworzyliśmy program, mieliśmy jego licencję, mogliśmy certyfikować. I w styczniu 2009 roku wystartowaliśmy z własną marką, wtedy Instytut NLP Coaching, później Instytut Liderów Zmian, i tak to ruszyło. Zakończenie współpracy z Mateuszem rozpoczęło bardzo nowy etap, i dla niego, i dla nas, bo on musiał znaleźć nowych współpracowników, w my byliśmy trzonem. On sobie z tym szybko poradził, my też sobie z tym szybko poradziliśmy, no i co było ciekawe, że w 2008 roku wybuchł kryzys, który zaczął się rozkręcać. A my weszliśmy na swoje w 2009 roku, w styczniu. I gdybym wtedy znał wiedzę biznesową, którą znam teraz i patrzył tak szeroko jak teraz, to nie wiem, czy bym się na to zdecydował. Być może bym się zdecydował, bo bym wiedział, jak to pozabezpieczać, ale miałbym znacznie więcej dylematów. I tak miałem mnóstwo dylematów. Pamiętam, że miałem takie momenty, kiedy kładliśmy się z Kamilą w łóżku, mieliśmy pewne rzeczy przemyślane, wiedzieliśmy, co chcemy zrobić, jakie są ceny programów, na czym chcemy zarabiać, na czym chcemy zarabiać, na jakich szkoleniach, na jakich produktach – ale pamiętam momenty, że się kładłem, umysł się wyciszał z biegu dnia codziennego, i nagle wątpliwości. W takich momentach specjalnie odwracałem się na drugi bok, plecami do Kamili, żeby nie widziała na mojej twarzy napięć, rozterek i tak dalej. Pamiętam momenty płytkiego oddechu. Czy sobie poradzimy? Na szczęście, znając te metody psychologiczne, NLP-owskie, coachingowe i tak dalej, umiałem sobie, myślę, znacznie szybciej poradzić, niż osoby, z którymi ja dzisiaj pracuję, które jeszcze nie znają tych metod, albo o których się czyta, że początkujący przedsiębiorcy nie znając tych metod pracy – przez kilka lat albo wiele miesięcy byli w znacznie gorszych stanach. Więc ta wiedza była bardzo przydatna, żeby sobie z tym radzić.

(chwila ciszy)

Ok, nie sądziłem, że akurat teraz się zakończy twoja wypowiedź.

(śmiech) Rozumiem, że zaskoczony się czujesz.

Tak, miałem okazję chwilę sobie pomilczeć. Może chcesz się napić wody? To był niezły monolog, ale też niezły kawał historii.

Myślałem, że to powiesz bardziej, że się wciągnąłeś.

Jak najbardziej, wciągnąłem się w historię, ale coś czuję, że tam są jeszcze pewne rzeczy do dopowiedzenia.

Są, są.

Natomiast na ten moment, jak opowiadałeś, to sobie słuchałem, a zarazem dumałem nad tym wszystkim i próbowałem wydumać takie główne punkty – coś takiego, z czego mogą skorzystać osoby, które chciałyby tę historię potraktować nie tylko rozrywkowo, jako ciekawa historia, ale również jako coś, co może dać im pewną naukę co do tego, jak wchodzi się w niektóre tematy, jak rozwija się w sobie zainteresowania. Tak naprawdę jak od małej iskierki, od takiego małego zapalnika, można rozpalić większy ogień, który wygląda tak, jak wspomnieliśmy na początku – czyli że firma hula całkiem nieźle, ty czujesz się w tym bardzo dobrze i zaczynasz uzyskiwać coraz więcej luzu czasowo-finansowego. Co według ciebie z tej historii wynika?

Z tej historii wynika na pewno to, że wszystkie aspekty, których kiedyś, a w szczególności teraz uczę czy przekazuję, mają naprawdę zastosowanie. Czasami rynek psychologiczno-terapeutyczno-rozwojowy spotyka się z tym, że to jest teoretyzowanie, sekciarstwo, błazenada, że to bajki, dla naiwnych i tak dalej – a to naprawdę ma sens. Te momenty, kiedy byłem pod ciśnieniem, pod presją, kiedy nie wiedzieliśmy, jak nam to wyjdzie. To był okres 2008-2009, kiedy przeprowadzaliśmy się do nowego mieszkania, był to okres ślubu, który był w 2009 roku – część osób podchodzi do ślubu bez emocji, na zasadzie: odhaczone, a dla nas to było pewne przeżycie. Więc trzy nowe rzeczy: nowe mieszkanie, ślub i zmiana pracy i znajomych, to było duże wydarzenie. Brakowało tylko dziecka i śmierci bliskiej rodziny, wtedy już chyba mielibyśmy komplet takich ważnych wydarzeń emocjonalnych. Wsłuchiwanie się w siebie, pytanie siebie: „dobra, co tak naprawdę jest ważne, istotne dla mnie? Co ja chcę?” – to na pewno były ważne rzeczy. Dwa – na pewno rzeczy, które są ważne w takiej tradycyjnej terapii, psychologii czy coachingu, czyli przegadywanie. To znaczy naprawdę dużo z Kamilą przegadywaliśmy rzeczy i z moją mamą i dwójką mentoro-przyjaciół. Miałem cztery osoby: Kamilę, moją mamę i dwójkę przyjaciół, którzy byli moimi mentorami w tamtym okresie. To mi dało bardzo dużo. Nie wiem, czy ja bym sobie poradził i jak bym to pociągnął, gdybym nie mógł wentylować tych emocji, gdybym nie mógł przegadywać tego. Czasami to była kwestia wysłuchania, a czasami porady. Pamiętam poradę jednego z mentorów Mariusza, który powiedział: Adam, pamiętaj, nie buduj czegoś nowego na zgliszczach starego. Czyli to, co nie podobało ci się we współpracy z poprzednią firmą – to nie rób ani podobnie, ani na odwrót, tylko zrób tak, jak ty czujesz. Ale potrzebowałem minimum roku, żeby do tego dojrzeć. Przez pierwsze pół roku robiłem trochę na odwrót pewne rzeczy, co pozwalało zdobyć klientów, którzy szukają czegoś innego, ale z drugiej strony popełniłem pewne błędy i na przykład byłem za bardzo schematyczny, za bardzo poważny w pewnych rzeczach. Z racji mojego wieku też – miałem 23-25 lat, więc problem był taki, że wizerunkowo potrzebowałem zaistnieć, a z drugiej strony chciałem być profesjonalny, więc jak połączy się to z moim introwertyzmem, to wychodzi taki poważny gość, który mądrze tłumaczy. To się ludziom podobało, bo potrzebowali takiego uporządkowanego gościa, który nie jest skaczącym mówcą, albo ekstrawertycznym, kontrowersyjnym gościem, tylko takiego ułożonego, spokojnego człowieka. To też przyciągało, ale i powodowało, że klienci odchodzili, bo za poważny, za nudny, czy coś.

Czyli tutaj przesłanie dla introwertyków będzie brzmiało mniej więcej tak, że..

Odnajduj wartość w introwertyzmie, doceniaj go. Okres 2007-2009 to był okres kompleksów moich introwertycznych.

Pytam o to również właśnie dlatego – to da się zauważyć nawet w internecie, jak dużo jest artykułów dla introwertyków, typu „jak odnaleźć siłę w introwertyzmie”, „jak przekuć to na wartość”, i to wszystko gdzieś ma pod spodem sugestię, że coś z tym introwertyzmem jest nie tak. I myślę, że nikt tego tak wprost nie sugeruje, ale to wychodzi naprzeciw temu, co ci introwertycy często czują.

Tak, niektórzy mówią: „muszę się wyleczyć z mojego introwertyzmu”.

Tak, a w tym zawodzie jest to chyba też dość popularny typ charakteru, z tego względu, że w naturalny sposób łączy się z pewnymi cechami, które powinien mieć terapeuta czy doradca.

To jest bardzo ciekawe, bo uważam, że czy introwertyk, czy ekstrawertyk jest w stanie odnaleźć się i w terapii czy w rynku mówców, czy doradców biznesowych – tylko musi wiedzieć, jak. Oczywiście najbardziej kojarzy się, że bycie mówcą, który występuje przed kilkuset osobami – to jest ekstrawertyk, ale na świecie mamy wielu introwertyków, którzy świetnie sobie radzą. Wydaje się, że ktoś, kto jest blogerem, vlogerem, nagrywa siebie, robi jakieś filmiki – powinien być ekstrawertykiem. Okazuje się, że wielu jest introwertyków. Świetny Szafrański, który jest najbardziej popularnym blogerem i ja też go słucham, jego podcastów – jest introwertykiem. Co prawda on mówi: „ja muszę się leczyć ze swojego introwertyzmu”, pod kątem tego, że on nie lubi wystąpień publicznych, to go dużo kosztuje. Ale z mojej perspektywy to nie jest tak, że trzeba się wyleczyć z introwertyzmu, tylko trzeba zrozumieć, jak wykorzystać swoje cechy introwertyczne do tego, żeby na przykład występować przed dużą publiką, jeśli się chce. Ale faktycznie, w świecie kapitalistycznym, w którym żyjemy – to jest świat ekstrawertyczny i introwertycy czują się zakompleksieni. Oczywiście najbardziej naturalnym ekosystemem dla mocnego introwertyka, jeśli mówimy o różnych ekspertach, jest praca terapeutyczna – stricte, gdzie taki introwertyk może się nie odzywać przez dwie godziny i słuchać klienta. Tutaj od razu zaznaczę, że introwertyk to nie jest osoba, która nie lubi ludzi. Introwertyk to jest osoba, która potrzebuje więcej ciszy niż więcej aktywności – bo taki ma system nerwowy, że regeneruje się w ciszy, a nie w aktywności. Ekstrawertykiem jest się wtedy, kiedy regenerujesz się poprzez większą ilość bodźców. Introwertykiem jest się wtedy, kiedy regenerujesz się poprzez małą ilość bodźców. To jest tak naprawdę podstawowa definicja intro- czy ekstrawertyzmu, a nie czy ja lubię ludzi, czy nie.

Tak, to są raczej symptomy.

Które często są tak naprawdę wynikiem naszych błędnych samoocen. Ja miałem wiele błędnych opinii – pomimo studiów psychologicznych – na temat samego siebie. To jest jeden z minusów studiów psychologicznych. Studia psychologiczne nie przygotowują do samopoznania.

Właśnie, wielu ludzi uważa – to krąży wręcz jako taki żart nawet – że skoro idziesz na studia psychologiczne, to zapewne, haha, masz problem ze sobą. Można się śmiać, ale z drugiej strony to chyba jest prawdziwe, że ludzie idą tam nawet niekoniecznie z poczuciem wielkiego braku wewnętrznego czy wielkiego problemu, ale może żeby poznać siebie, coś zrozumieć, albo widzą swoje nawyki, które chcą jakoś okiełznać. Mówisz, że pewne zajęcia na to pozwalają, ale czy to jest w ogóle dobre podejście? Tak samo – jeszcze tylko dokończę to zdanie – ludzie mogą chcieć zostawać doradcami, coachami, psychologami czy uprawiać tego typu zawód, nawet nie dlatego, żeby dawać innym, tylko licząc na to, że to w końcu poukłada im samych siebie, i wchodzą w te tematy, dlatego, że sami się czują, jakby potrzebowali tego coachingu. Więc może nie zdają sobie nawet sprawy, ale zostają coachem, żeby sami siebie scoachować, i powoli robi nam się „Incepcja”. To w ogóle jest dobre podejście?

Z jednej strony jak najbardziej tak, bo jeśli chcesz być terapeutą, musisz przejść swój proces terapeutyczny, jeśli chcesz być coachem, musisz przejść swój proces coachingowy. Problem jest taki, że na niektórych studiach podyplomowych czy w niektórych szkołach coachingu nie przechodzisz swojego procesu coachingowego tak naprawdę, bo po prostu ćwiczysz w parze z mało doświadczoną osobą, która też się uczy. Więc to, na czym mi zawsze zależało, to kiedy uczę ludzi, żeby przeprowadzać ich przez proces coachingowy i terapeutyczny – żeby siebie poznali. Więc jeśli ktoś idzie na taką czy inną szkołę psychologiczną, terapeutyczną czy coachingową z taką myślą, że chcę poukładać siebie, to to nie jest złe. Problem polega na tym, jeśli nie dostaje tego, bo często nie dostaje – dostaje dużo wiedzy, narzędzi, ale swojego procesu nie przechodzi. Plus kwestia jest taka, że dobre to jest, tak naprawdę, że chce siebie poznać, żeby później pracować. I pytanie tylko, czy przez te pięć lat studiów psychologicznych to przeszedł, żeby później wejść jako psycholog. Tylko że bardzo dużo osób po studiach psychologicznych albo idzie w innym kierunku, albo zatrudnia się w HR, albo jest konsultantem psychologicznym w badaniach. Nie znam dokładnych statystyk, ale osoby, które faktycznie chcą iść w kierunku pracy z ludźmi – idą w kierunku terapeutycznym, czyli po 5 latach studiów psychologii idą na 3 czy 5 lat kolejnych kursów albo do szkoły terapeutycznej, żeby zostać terapeutą. Trochę tak, jak w medycynie: 5 lat medycyny czy 6, a później kolejne 4 lata specjalizacji. Dopiero po 10 latach jesteś takim lekarzem, że środowisko cię szanuje. Podobnie jest w terapii. Problem w coachingu jest taki, że aby poznać główne narzędzia coachingu, potrzebujesz roku. Dlatego terapeuci, psychologowie mają rację mówiąc: „pff, śmiech na sali ci coachowie, dotykają poważnych tematów, a w ogóle nie są do tego przygotowani, w ogóle nie przeszli swojego procesu coachingowego, nie mówiąc już o terapeutycznym; nie mają ogromnej wiedzy psychologiczno-terapeutycznej, znają jakieś techniki coachingowe i się bawią”. Dlatego też ICF, największa organizacja coachingowa, zdefiniowała coaching jako czysty proces zadawania pytań dla osób, które są stabilne emocjonalne.

Wykonywany przez osoby stabilne emocjonalnie, czy że klient jest?

Klient jest. I to jest dobre rozdzielenie.

Tylko jak rozpoznać klienta…

Tego się można nauczyć. Problem jest taki, że według mnie 90 proc. albo 95 czy 98 proc. osób, które trafiają na szkolenia czy coaching, nie są samoświadomymi, zrównoważonymi, z pełnym poczuciem wartości ludźmi, którzy tylko mogą iść na coaching.

No tak, zasadniczo idziesz, bo masz jakiegoś rodzaju problem.

Finansowy, życiowy, relacyjny, emocjonalny… więc minusem jest to, że jak trafia się na coacha, który zna kilka technik i lubi ludzi, lubi z nimi pracować – że ta osoba się przed nim otworzy, pytanie czy ten coach później sobie z tym poradzi. Dlaczego zwykli coachowie będą ginąć na rynku? Ponieważ nie są lepsi niż blogerzy, nie są lepsi niż doradcy biznesowi i nie są lepsi niż terapeuci. Nie mają do zaoferowania nic takiego.

Są bezbarwni.

Są bezbarwni i nie mają nic wartościowszego. Bo bezbarwni są marketingowo w pewnym sensie.

Usługę mam na myśli, że też jest bezbarwna.

Też pod kątem wartości tej usługi, niestety. To jest piękne, co daje coaching, co daje wiele narzędzi coachingowych. Ja sam w naszej szkole doradców uczę wielu technik coachingowych, bo tego uważam, że świat i ludzie potrzebują. Świat byłby naprawdę lepszy i byłoby mniej konfliktów w relacjach i biznesie, gdyby ludzie umieli to stosować. Tylko problem jest taki, że forma nie jest ta. Dlatego jest tak, że coachowie po kilku latach na rynku sobie nie radzą – niektórzy sobie poradzą. I niektórzy idą w to, żeby być mówcami i na tym się koncentrują. Rynek ich potem nazywa coach, mówca, coach, mówca, i nie wiadomo, kto to jest – czy to jest coach, czy mówca. Albo idą w kierunku doradztwa biznesowego, albo w kierunku terapii. Więc coaching często jest takim początkiem, który otwiera głowę – i fajnie, że otwiera głowę, ale jeśli później nie zainwestujesz kolejnych 3-5 lat w kolejne szkolenia specjalistyczne, to niestety, ale nie poradzisz sobie, bo rynek nie potrzebuje czystego coachingu według mnie. I to jest ogromna trudność ostatnich lat, ludzi, którzy się w tym wyszkolili. Ja sam, powiem szczerze, że jak szkoliłem w latach 2009-2013 coachów, to nie zdawałem sobie sprawy, jak to jest ważne.

Może też jeszcze nie był to do końca moment na to, bo to zapotrzebowanie na coachów, takich klasycznych – dziś może nazwiemy ich bezbarwnymi – wtedy jeszcze gdzieś tam istniało.

Ale wtedy tak naprawdę to był już problem, od samego początku. Tylko ja nie zdawałem sobie do końca sprawy – to był trochę mój błąd – że ja zaistniałem jako coach, i też trener oraz trener coachów na rynku, dlatego, że miałem już wcześniejsze doświadczenia. Miałem też licencję zagraniczną, więc mogłem też certyfikować absolwentów. Plus dzięki doświadczeniom współpracy z Mateuszem i z forum, miałem pewien dryg do internetu. Więc na przykład po nocach, przy mojej stronie internetowej w 2009 i 2010 roku, nagrywałem bardzo dużo darmowego audio. Teraz są podcasty, a ja już wtedy nagrywałem takie mini podcasty w pewnym sensie. Byłem jednym z pierwszych trenerów, który nagrywał wideo i stworzył Adam Dębowski TV, portal, taki własny YouTube, można powiedzieć. Robiłem wiele tych rzeczy, miałem licencję zagraniczną, to wszystko dawało taką przewagę konkurencyjną, że byłem kojarzony, mniej lub bardziej. Też ja nie byłem tym najbardziej znanym czy najbardziej popularnym – na przykład w tym samym czasie bardzo przeze mnie ceniony – też się u nas szkolił, ale też współpracowaliśmy i bardzo cenię – Michał Pasterski, stworzył w ostatnich latach jeden z największych blogów rozwoju osobistego. Bardzo dobre artykuły i bardzo fajne programy rozwojowe, i super ekspert, poszedł mocno w kierunku terapeutycznym. Ja poszedłem w kierunku biznesowym, doradztwa, a Michał Pasterski w kierunku terapeutycznym.

Właśnie, w twojej pracy, z tego co widzę, jest dużo tych elementów terapeutycznych – to jest taka terapia dla biznesu, chociaż brzmi to trochę dziwacznie.

W naszej firmie tak to nazywamy, że jesteśmy terapeutami dla biznesu, tworzymy terapeutów dla biznesu i leczymy trochę biznes.

I kiedy nadszedł moment? Czy to było właśnie po 2013 roku, kiedy wszedłeś, weszliście wszyscy jako firma w pewien zakręt, i czy to już wtedy kierowało w stronę takiej właśnie terapii dla biznesu, czy co jeszcze było po drodze?

To jest ciekawe, bo tak naprawdę gdybym miał takiego mentora, który by mnie raz na miesiąc audytował, to byłby w stanie mi to powiedzieć już w 2006 roku: „Adam, ty to się składasz z kilku takich warstw – psychologia, coaching, biznes, kinematografia, duch przedsiębiorczy i terapia, ponieważ i w filmach ty terapeutyzujesz, to znaczy szukasz wielu płaszczyzn bohaterów w scenariuszu, a jednocześnie twoje szkolenia idą w głąb – nie powierzchownie, na zasadzie >>hej hej, motywacja i do przodu!<<, tylko idą w głąb”. Ja przez wiele lat nie umiałem tego esencjonalnie nazwać, krążyłem, macałem różnych rzeczy. To też było trudne. Teraz wiem, jak ludzi wspierać, żeby szybciej to znaleźli, ale to było trudne, tak że tu coś, tam coś świta, tu coś dzwoni w tym kościele, i to jest ciągły proces poznawania siebie. Generalnie bycie mikrofirmą – niezależnie, jaki to jest rynek, czy budowlany czy coachingowy – to jest ciągły proces poznawania siebie, i firma jest taka, jakim ty jesteś. To jest dla mnie fascynujące, jak w mikrobiznesie, czyli biznesie od dwóch osób do kilkunastu, kilkudziesięciu, firma jest taka, jaka jest osobowość szefa, tak zwany inner leadership. Natomiast punktem zwrotnym, takim kluczowym momentem – pierwszy to był ten moment w 2009 roku przejścia na swoją markę, a później był 2012-13 rok, kiedy tamten format szkoły coachingu się kończył, bo byliśmy przyzwyczajeni od 2009 do 2012 roku, że przychodzi nam 10-12 osób na cykl, płaci 20 albo 30 tysięcy za cykl – 20 to był cykl coachingowy, 30 to był cykl trenerski razem z coachingowym, i nam płacili z góry – i pięknie, 200-300 tysięcy na początku stycznia na koncie, później dochodzą jakieś szkolenia dla firm czy coachingi, no pięknie, wiesz, 25- czy 28-latek, no żyć nie umierać. Oczywiście byli tacy, którzy zarabiali znacznie większe pieniądze, ale to był fajny poziom. Mogliśmy sobie pozwolić na najlepsze hotele w Polsce, różne wyjazdy i tak dalej. Ale wtedy nie mieliśmy wystarczającego ducha przedsiębiorczego, żeby wykorzystać ten kapitał i wejść na wyższy poziom. Niestety, ale musieliśmy doświadczyć 2012 roku, kiedy zadziały się takie rzeczy, że nagle pojawiło się więcej szkół coachingu – i nagle oni, niektórzy mieli lepszą reklamę od naszej, bo my tak naprawdę nie promowaliśmy tej szkoły, tylko informowaliśmy na stronie: „hej, jest, zobacz”, i trochę tak zdziadzieliśmy pod tym kątem, że nie zauważyliśmy, że rynek idzie w kierunku mówców, że poszedł w kierunku krótszych szkoleń. Pamiętam taki dylemat: „nie, kurna, nigdy nie pozwolę, że ja będę kogoś uczył, żeby był coachem po trzech dniach”. I z jednej strony dobrze, bo ci, którzy dawali certyfikat coachingowy firmom po trzech dniach szkolenia zepsuli rynek – ja tego nie zrobiłem, więc nie zepsułem, ale z drugiej strony biznesowo straciłem. To wiesz, są takie dylematy, kiedy w pewnym momencie widzisz stan konta. Wtedy zadziała się też kolejna rzecz – taka, że nie miałem wizji. „No to co, czym ma być ta firma? Czym ma być ten instytut? To czym mają być te szkolenia? W szczególności, że o cyklu mówiłem, że to jest moje dziecko.

Brzmi to, jak duże przywiązanie. Ale w pewnym momencie musiałeś to odpuścić i tak to się często dzieje, im bardziej jesteśmy do czegoś przywiązani.

Tak, i to było bolesne, i wtedy zacząłem pobudzać w sobie więcej takiego psychologo-przedsiębiorcy. Czyli musiałem znów zacząć zadawać sobie pytanie: „to co? To jak? To w którym kierunku?”

Aktualizacja wizji.

Tak.

I to chyba też się dosyć często zdarza w tego typu biznesach.

Albo biznesy upadają, albo właśnie wchodzą na wyższy poziom.

No właśnie, bo też trzeba ewoluować… nawet nie chodzi o mądrzenie się – nie mam za sobą tego typu doświadczeń – tylko tak, z tego co mówisz, to jest taka aktualizacja pod kątem też tego, jak się zmienia rynek. Ale tutaj moje pytanie, czy to zawsze musi się wiązać z takimi ciężkawymi stanami, o których ty mówisz.

Czy musi? Pewnie nie…

Pewnie nie, no tak, nic nie musi.

Jeśli człowiek by tracił tę wizję, zgubił trochę rynek, widział, że konkurencja mu zabiera klientów, ale już wcześniej kombinowałby, szukałby swojej nowej niszy, siebie w tym wszystkim, oferty i tak dalej – to nie byłoby to tak bolesne. Byłem przywiązany, to był też problem – ponieważ gdybym nie był przywiązany, to bym sobie z tym szybciej poradził. Ja byłem przywiązany do tego produktu, naprawdę czułem, że to jest coś – to było i wciąż, na dzisiejsze czasy, to jest zajebisty produkt, to jest genialne, ludzie byli, do dziś są wdzięczni, i nawet po czterech latach ostatnio napisałem do kilku absolwentów z prośbą o referencje, bo okazało się, że nawet nie wziąłem od nich opinii – oni są wdzięczni, oni dziękują, oni pamiętają…

Tym niemniej, musiało się to skończyć.

Tak, i wtedy to był moment, kiedy założyłem drugą firmę, z absolwentem, bo miałem taką wizję: ok, no to instytut, ta firma z Kamilą, to będzie taka bardziej wizerunkowa, że będę sobie pisał na blogu, a w tamtej firmie wymyślimy pomysł na to, jak do firm docierać. I tak to próbowaliśmy, ale w międzyczasie ja znalazłem koncept na to, czym powinien być instytut, co powinienem robić w instytucie, co powinienem robić w tej drugiej firmie, i zaczęło się to rozkręcać w tych obu firmach. Powstała wizja CVP jako pewnej metodologii, filozofii – to były pierwsze małe elemenciki, ale to był taki moment, który był dla mnie ważny, bo nagle poczułem, że coś własnego tworzę. W takim momencie kluczowe jest to – i to powtarzam pracując z ludźmi – żeby znaleźć swój własny akumulator. A moim akumulatorem było właśnie to, żeby tworzyć coś własnego oraz żeby mieć wizję długofalową. Na przykład teraz wizję długofalową mam taką, że za 10 lat być może będę producentem filmowym, a za 15-20 lat będę tworzył gry komputerowe ze sznytem psychologicznym. Nieważne czy to się zrealizuje, czy nie, ale to jest akumulator, który napędza mnie, żebym nie był tetrykiem. Stąd artykuły ostatnie na blogu – nie wiadomo, kiedy nas słuchasz, drogi słuchaczu, ale kiedy to nagrywamy, jest czerwiec 2018 r. i jest kilka artykułów o tym, jak nie stetryczeć – i to była ważna lekcja. Więc szereg takich przekonań: wyprzedzaj przyszłość, patrz szerzej, analizuj konkurencję, zaglądaj w siebie głębiej, kim ty jesteś, kim się stajesz – są kluczowe, żeby właśnie nie stetryczeć. To są niezwykle ważne przekonania własne, które są psychologiczno-biznesowe, takie terapeutyczno-biznesowe. Z tym się wiążą też inne rzeczy – tak zbliżając się powoi do końca – że w ciągu tych lat mieliśmy współpracowników, którzy nam doradzali – współpracował z nami przez wiele lat Paweł Żentała, wtedy świetny marketer, dziś programista, który jest też futurologiem, interesuje się futurologią. Podpowiadał nam różne rzeczy: zrób to, zrób tamto, czasami słuchaliśmy, czasami nie, i te rzeczy, których nie słuchaliśmy, to było ze szkodą dla mnie. Gdybym ja był bardziej otwarty na te rzeczy, żeby je testować, żeby szybciej podejmować decyzje, żeby szybciej je wprowadzać, to nie popełniłbym pewnych błędów. Ale zawsze też dodaję coś takiego, że jeśli uczyłbym moich pracowników wtedy skuteczniej, żeby oni umieli zarządzać moim oporem jako szefa, żeby umieli się przeciwstawić, żeby umieli być bardziej asertywni, bardziej przekonywujący, żeby umieli radzić sobie z oporem Dębowskiego – to podążylibyśmy za ich sugestiami i bylibyśmy dalej. To też jest dla mnie lekcja, nie tyle żeby mieć większą pokorę czy słuchać ludzi, bo ja generalnie miałem pokorę i słuchałem, tylko miałem swój własny opór, moje własne blokady, które blokowały przed pewnymi decyzjami wtedy.

Opory, które blokowały przed decyzjami. Powracając jeszcze… bo cały czas staram się postawić w roli słuchacza, który jednak gdzieś myśli o tej ścieżce coachingowej – gdybyśmy na podstawie tego, o czym opowiedziałeś, mieli wyłuskać kilka największych wyzwań, które mogą pojawić się na drodze – zakładając, że dla kogoś nie będzie to takie proste, że kończy kurs, ma znajomości i to się jakoś kręci, tylko zaczyna od początku, być może jest w ogóle młodym człowiekiem na początku studiów lub przed studiami i już teraz chce wybrać swoją ścieżkę kariery – to na co już teraz powinien być przygotowany i na co już teraz powinien się nastawiać?

W obecnej sytuacji rynkowej, gdybym spotkał takiego Dębowskiego w wieku 21-22 lat, powiem szczerze – grubo bym się zastanawiał, czy on powinien wchodzić na jakąkolwiek szkołę coachingu. Dlatego, że teraz jest w pewnych aspektach łatwiej, bo jest większa świadomość rynku, więcej możliwości – ale jest trudniej, bo rynek już nie toleruje młodych, gniewnych, którzy będą szaleć i się podawać za coachów. Więc powiedziałbym tak: jeśli jesteś w okolicach studiów i czujesz, czujesz głęboko, że to jest twój kierunek – nie rezygnuj, chodź na kursy, nawet pójdź na szkołę coachingu, ale nie nastawiaj się, że po roku zaczniesz być coachem. Ja bym ewentualnie – po zbadaniu dojrzałości emocjonalnej tej osoby – wziął ją na kurs, ale nie dałbym jej certyfikatu, chyba że byłaby to mega świadoma dusza i mega świadoma osoba. Natomiast gdyby to był Dębowski, który miał predyspozycje, ale nie miał innych rzeczy, to nie dałbym certyfikatu po skończeniu szkolenia, tylko powiedziałbym: szkol się i bloguj. Bądź blogerem na początku, a dopiero później się rozwijaj – stwórz produkt online i dopiero później zacznij pracować jako coach. Chyba że osoba faktycznie byłaby gotowa, i świat. Tak jak ja, miałem 22, 23 czy 24 lata, ludzie płacili mi 20 czy 30 tysięcy i byli mega zadowoleni, a mieli 40 lat. Więc gdzieś tam się, wiesz, „zmatchowaliśmy”. To jeśli chodzi o młodych ludzi.

Przekaz byłby więc taki: na razie nie szalej, spokojnie.

Na razie nie szalej, buduj wartość w internecie – ale nie klatę, piersi i pupeczki na Instagramie, tylko wartość contentową – pisz bloga, szukaj badań albo rób sam badania, zaangażuj się w coś, co da wartość adekwatną do twojego poziomu. Jest na przykład na polskim rynku bardzo fajny, wartościowy człowiek Paweł Musiałowski, który będąc młodym człowiekiem uczy o pokoleniu Y. Za moich czasów nie było tego trendu – pokolenie Y, Z i tak dalej – a on świetnie się wstrzelił i prowadzi czasem dla dyrektorów wyższych szczebli, wiesz, w dużych koncernach, mówiąc o tym. Dzisiejsze czasy pozwalają – i też kreatywność – na stworzenie sobie takiego obszaru. Natomiast jeśli mówimy o osobie, która ma już te 28, 30, 35 lat, to jest kluczowych kilka rzeczy – to znaczy trzeba nastawić swoją optykę patrzenia na trzy lata do przodu, minimum, bezpieczniej cztery, z myślą o tym, żeby dopiero po tych czterech latach utrzymywać się na dobrym poziomie.

Utrzymywać się, ale zarabiać można już wcześniej?

Zarabiać można, jeśli znajdzie się pomysł, natomiast dla bezpieczeństwa ustawiałbym optykę: przez minimum rok się szkolę, później się doszkalam i certyfikuję, później praktykuję – i to są pierwsze 2,5-3 lata. Oczywiście, czy ktoś jest w stanie po pierwszym roku już mieć kontrakty? Tak, bo mamy takich absolwentów, mamy świetnego

absolwenta Marcina Konkela, który jest agile coachem, pracował w Allegro, teraz pracuje dla duńskiej firmy, zaczął zarabiać dwa razy więcej pieniędzy w tej firmie i jeszcze ma kontrakty zewnętrzne, więc można powiedzieć, że po niecałych dwóch latach od rozpoczęcia cyklu, zarabia bardzo porządne pieniądze – ale…

już od początku była pewna baza.

Była baza doświadczeń w klimacie prowadzenia pewnych warsztatów wewnątrz organizacji i tak dalej, i tak dalej. Bardzo intensywnie pracował podczas całego cyklu, nie pod kątem pracy tylko merytorycznej i certyfikacyjnej – tylko bardzo dużo czasu poświęcaliśmy na to, gdzie on może się ulokować, uczestniczył w bardzo wielu procesach rekrutacyjnych,żeby znaleźć dla siebie firmę – on nie myślał od razu o tym, żeby założyć własną firmę i podbijać świat. Nie. Szukał najpierw firmy, gdzie będzie mógł wejść na wyższy poziom – w Polsce i za granicą – z wykorzystaniem swoich kompetencji, tych, których się uczył. Więc czasami to jest pomysł. Nie myśl od razu: „zostaję freelancerem”, tylko być może: „ok, skończę cykl, zatrudnię się w firmie” – bo często, dla 40 proc. naszych absolwentów, tych, którzy nie weszli stricte w coaching tylko pozostali menadżerami – 90 proc. z tej grupy awansowało, między innymi dzięki tym kompetencjom. Dzięki swojej pracy, dzięki doświadczeniu, ale między innymi dzięki temu, że wiedzieli i widzieli więcej. Więc być może tak należy postawić optykę, że być może najpierw awans albo inna firma, a dopiero później ewentualnie własną firmę. Mamy inną absolwentkę, która przez wiele lat była analitykiem, później zatrudniła się w korporacji jako menadżer do spraw rozwoju produktu i tak dalej, i w międzyczasie uczyła się być takim wewnętrznym konsultantem. Obecnie szkoli się, kończy się szkolić właśnie na doradcę i już ustawia swoją karierę pod tym kątem. Więc trzeba wielowymiarowo patrzeć.

Zatem wymieńmy jeszcze dwie rzeczy, albo jedną taką konkretną, o które można się rozbić.

Jeśli ktoś zaczyna – klasycznie, nie klasycznie – na swoim, przez internet, czyli ma swoją stronę internetową, social media i tak dalej, tworzy jakiś produkt, ofertę – to patrz na liczby. Nie patrz, jak szybko chcę i ile zarobić, tylko zarobek wynika z konkretnych rzeczy. Przyjmijmy, że żeby zarobić pięć tysięcy złotych, potrzebujemy mieć na przykład stu klientów po 50 zł z produktu online. Albo 50 klientów za 100 zł za sesję. Teraz, żeby mieć tych klientów, musimy mieć pewną pulę ludzi, do których dotrzemy. Dla uproszczenia wyliczeń – potrzebujemy 10 klientów miesięcznie. Żeby mieć 10 klientów, potrzebujemy mieć 100 klientów, którzy się nami zainteresują. Żeby mieć 100 klientów, którzy się nami zainteresują, potrzebujemy dotrzeć do 1000, którzy przeczytają w ciągu na przykład 2-3 miesięcy trzy nasze artykuły albo kilka postów, czy obejrzą wideo. Żeby dotrzeć do tego 1000, musimy „dotknąć” 10 000 ludzi, którzy klikną, ale wyjdą.

Tworzy się lejek.

Tworzy się tak zwany lejek, i jeśli ktoś nie myśli przez pryzmat lejka, to się zagubi. Nie będzie tworzył wartości sprzedażowej czy wartości dla ludzi, tylko będzie myślał: kurde, ja chcę zarobić. I ostatnia rzecz – myślę, że to dobre podsumowanie – to jest to, czego nas uczą najlepsi blogerzy w Polsce czy na świecie, czy vlogerzy czy podcasterzy: koncentruj się na tym, jak dać największą wartość na rynku, której ludzie potrzebują. Ponieważ sprzedaje się to, czego ludzie potrzebują, i często ludzie myślą sobie: będę coachem, będę pomagać, tego ludzie potrzebują. I tak, i nie. Czegoś z tego potrzebują, ale wolą pójść do terapeuty albo posłuchać blogera, albo kupić książkę i porozmawiać z przyjacielem, niż pójść do coacha, trenera czy do jakiegoś mówcy, czy doradcy i tak dalej. Trzeba zastanawiać się od samego początku, jaką wartość ja chciałbym, ja mógłbym, ja będę chciał dawać i czego dokładnie potrzebują. Ale nie chodzi o to, że ludzie potrzebują pomocy w relacjach.

Zbyt ogólnie.

Albo motywacji.

Zbyt ogólnie.

Albo komunikacji.

Zbyt ogólnie.

Albo sprzedaży.

Zbyt ogólnie.

Co nie? Chodzi o listę 10 bardzo namacalnych, konkretnych problemów, na które ty przez kolejne dwa lata przygotujesz się jako doradca.

Czyli zejść głębiej i iść bardziej w kierunku specjalizacji niż takiego ogólnego coachingu – o którym wspomniałeś, że ten nurt odchodzi powoli w zapomnienie, powoli umiera i wszystko zaczyna się coraz bardziej zawężać. Ludzie będą chodzić do osób, które oferują konkretne rozwiązania, na konkretne problemy, ponieważ sami klienci stają się coraz bardziej świadomi swoich problemów i wiedzą, że niekoniecznie jest im potrzebny „tak w ogóle coaching”, tylko jest im potrzebne rozwiązanie problemu X.

Większa wiedza biznesowa, większa stabilność, konkretne coś.

No i to jest jeden z myślę wielu niuansów wchodzenia w zawód coacha, doradcy, terapeuty, kogokolwiek, kto pracuje z drugim człowiekiem w taki sposób bezpośredni, bliski, dotykając pewnych głębszych i nieraz trudniejszych tematów. I czy chciałbyś tutaj dodać, że na blogu będą się w najbliższym czasie pojawiać artykuły dotyczące właśnie tego, tego właśnie fachu, na pograniczu tych wszystkich nurtów?

W zależności od tego, kiedy kto nas słucha, to albo już się pojawiły, w okolicach czerwca albo lipca 2018 roku – ale też z biegiem kolejnych miesięcy będziemy o tym systematycznie mówić, bo uświadomiliśmy sobie, że tak naprawdę bardzo mało opowiadaliśmy ludziom. Niektórzy nas obserwują od 10 lat i po 10 latach decydują się na coś u nas, niektórzy od 3, 5, więc to jest bardzo inspirujące i ciekawe – ale ja przez te wszystkie lata prawie nie mówiłem o tym, jak wygląda moja praca, jak wygląda praca takich ludzi, jak ja, na czym to polega. Jeszcze niejeden materiał powstaje, bo dzisiaj już nie będziemy mówić, jak wyglądają takie proste rzeczy, wiesz, jak dzień pracy, że na przykład czasami spędzam 10 godzin na odpisywaniu na maile, czy ktoś mi płaci 800, 1000 czy 1200 zł za sesję doradczą, w zależności od pakietu i tak dalej – ale nie zdaje sobie sprawy, ile godzin ja później jeszcze spędzę na mailowaniu albo na Messengerze, albo na Whatsappie, albo na SMS-ach z tą osobą. Więc to są takie niuanse, których jak sobie człowiek później nie uświadomi, to nie wie, gdzie mu czas znika. Dlaczego w pewnym momencie nie miałem czasu na pewne rzeczy dla siebie, gdzie źle przygotowana kampania online’owa spowodowała, że przez cztery noce, do 1 w nocy siedzieliśmy na mailach, bo coś tam, coś tam – i nagle okazywało się, że ludzie tego nie widzą. Nie wiedzą, skąd wynika jakaś wycena usługi, produktu czy szkolenia, ale później zostając takim coachem tak naprawdę nie wiedzą, że na przykład ja nawet zapominałem o tym, ze w pierwszych dwóch latach siedziałem dwa dni w tygodniu i nagrywałem nocami nagrania audio, żeby ludzie na blogu sobie słuchali materiałów i mogli mi zaufać, mogli mnie poznać, mogli się czegoś nauczyć, i tak dalej. Jest więc dużo takich niuansów, które w zależności od formy pracy – bo ktoś może być terapeutą, który tylko przyjmuje w gabinecie i tyle, ale na przykład tam jest niuans związany z tym, że ta osoba na przykład po czterech dniach czuje się bardzo wyczerpana.

I właśnie tego typu drobiazgów byłoby dużo i czy możesz obiecać w takim razie, że będzie to opisane w sposób fajny, szczegółowy – i razem z zarobkami? Bo zarobki to chyba też temat, który interesuje.

O zarobkach będzie czy nawet już jest na blogu, a o innych specyfikacjach, na przykład co jest w torbie Dębowskiego, co trzeba nosić ze sobą, albo to, że musiałem przełamywać się przez rok, żeby zacząć nagrywać siebie na wideo, bo miałem opór i blokadę – i to jest wiele różnych małych niuansów, o których myślę, że nawet nagramy oddzielną rozmowę, o niewidocznych niuansach.

Pewnie. Czemu nie. No to co – do następnego razu.

Dzięki. Pozdrawiamy.

Adam Dębowski

Adam Dębowski

Od 2005 roku pomagam ludziom w podnoszeniu ich efektywności osobistej, biznesowej, kompetencji miękkich, uwalnianiu się od wewnętrznych blokad i emocji, a firmom i menadżerom w zmianie i zarządzaniu zespołem. Moja osobowość i wartości bardzo pomagają w prowadzeniu mediacji w firmach, między organizacjami i osobami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *