Zaczyna się. To już ten moment. Napięcie w brzuchu rośnie, pojawia się ścisk w głowie. Pozostały ostatnie szlify, ale przebija się uczucie, aby zacząć od nowa, na nowo usiąść i poprawiać wszystko od początku. Przebija się kolejna myśl: jest już bardzo dobrze, czas wypuścić w świat. Wielu artystów, aktorów, reżyserów, twórców czuje to rosnące napięcie i konflikt myśli tuż przed premierą. Niektórym zatyka się oddech, innym skręcają się jelita, nie mogą jeść, innym pocą się dłonie i drżą kolana.


A dlaczego ja czuję napięcie? Dwa lata podróży dobiega końca. Zaczyna się początek końca pisania książki. Z nami dwa lata, ponad 1300h pracy mojej i Wojtka Maroszka, pisania, rozmów, pisania, spotkań, wymiany maili, pisania, poprawek, rozmów, dopisywania, rozmów. Przed nami nowy etap wydania i promocji. Ponad pół miliona znaków, a dokładniej pięćset siedemdziesiąt sześć tysięcy osiemset (
576800) znaków czyli ponad 300 stron napisanych, wyedytowanych, po korekcie jest gotowych do składu. Pod koniec listopada idzie do druku. Z jednej strony to tylko książka, tysiące zdań, z drugiej strony to kawałek historii z życia i mnóstwo przemyśleń przelanych na papier.


Ta książka to sprzeciw wobec powierzchownej komunikacji, która prowadzi do frustracji i byle jakich efektów. Braku szczerości i podkopywania się zamiast zdrowej współpracy. Sytuacji, kiedy ludzie z potencjałem i świetnymi pomysłami odbijają się od ścian, jakie stawiają przed nimi szefowie, menadżerowie, pracownicy, wspólnicy czy bliskie osoby. Stagnacji w życiu i biznesie, spowodowanej brakiem mocy, by pchnąć rzeczy do przodu.


To kilkadziesiąt dialogów, które toczę z Wojtkiem, który jako świetny dziennikarz wchodzący w rolę adwokata diabła nie raz wbijał szpilkę i wkładał kij w mrowisko zadając niewygodne pytania, testował spójność i wiarygodność tego, co mi siedzi w głowie i tego czym się dzielę z innymi.

Jednak aby dotrzeć tu gdzie jesteśmy musieliśmy przejść przez wiele ścian. Dlatego poniżej znajdziesz całą treść piątego rozdziału książki, epilogu, który podsumowuje naszą drogę z Wojtkiem. A zarazem odpowiada na pytanie tytułowe.
Ten rozdział  to 3283 słów, które opowiadają nasze przeżycia, które są bliskie wielu ludziom, którzy tworzą coś, budują, kreują w pracy. To tylko 3% zawartości książki, ale jakże ważne. To co przeżyliśmy podczas pisania książki to jeden wielki proces zmian, oporów, konfliktów, wizji i kreatywności. Mieszanka wybuchowa. To proces kilkukrotnej zmiany kierunku i koncepcji. Gdybyśmy nie zastosowali tego co przekazujemy w książce, ona by nie powstała. Pisząc ją stosowaliśmy to, o czym piszemy. Niezwykłe doświadczenie. Wiedza w niej zawarta nas uratowała. Uważam, że to o czym książka opowiada, czego uczy, jest decydujące dla każdego człowieka czy to na szeregowym stanowisku czy wysokiej pozycji w firmie.

Każdy w swoim życiu natrafia na ściany, od których się odbija, które go blokują, hamują, przygniatają. Te ściany buduje nam życie, inni ludzie lub my sami. Mało kto wie, jak się przez nie przebić, jak je ominąć, przejść, pokonać, zburzyć lub po prostu uwolnić. Ta książka tego uczy, ta książka zmienia.


Jeśli
choć trochę mnie znasz, cenisz, szanujesz, uczysz się ode mnie, śledzisz mnie na blogu czy social media, to powinieneś mieć tę książkę. To duża część mnie. Przeczytanie jej realnie wpłynie na Twoje życie i karierę. Jest tu ogrom wniosków, przemyśleń na niełatwe tematy, które dotykają nas każdego dnia. To kawał bardzo praktycznej wiedzy, która pomoże w trudnych rozmowach, w radzeniu sobie z przygniatającymi problemami, w zmianach i w zarządzaniu zmianą oraz w sytuacjach, gdy opór w nas lub w innych doprowadza nas przed ścianę. Jak tę ścianę zburzyć, zmienić albo obejść – o tym jest ta książka. Pomaga w obecnych wyzwaniach oraz przygotowuje do zmian i przyszłości. Ta książka zmienia.

Obejrzyj film, w którym przekazuję prostą, ale ważną metodę do radzenia sobie ze ścianą, którą napotykamy:

 

ROZDZIAŁ 5: EPILOG.
NASZE WŁASNE ŚCIANY PODCZAS PISANIA TEJ KSIĄŻKI

Jak już wspomnieliśmy na początku książki, jej pisanie okazało się dla nas nie lada przygodą i wyzwaniem. Projekt, który w założeniu miał potrwać pół roku, ostatecznie rozciągnął się na ponad dwa lata. W tym czasie książka przetestowała na nas to, o czym sami piszemy: umiejętność zarządzania zmianą, efektywnej komunikacji, rozpoznania wzajemnych potrzeb. Zmusiła nas do naginania własnych granic, rozwijania CEMK-ów, mierzenia się ze swoimi cieniami i wreszcie – przebijania ścian, które napotkaliśmy.

Gdy prace były już na finiszu, spotkaliśmy się, by porozmawiać o tym wszystkim, spojrzeć wstecz i zastanowić się, czym tak naprawdę była ta droga i gdzie leżały kamienie milowe, czego się nauczyliśmy i co wynieśliśmy z tego doświadczenia. Dziś jesteśmy już innymi ludźmi.

Oczywiście Adam to w środku nadal Adam, a Wojtek to wciąż Wojtek – niemniej, gdy przez dwa lata wkładasz czas i energię w duży i trudny projekt, w dodatku koncentrujący się wokół tematyki – było, nie było – wewnętrznej transformacji, sam tę transformację przechodzisz. Często w bólach, często mimo własnej niechęci, z poczuciem, że to za dużo i że nie dasz rady.

Na końcu jednak patrzysz na to wszystko i mówisz sobie: było warto. Nie można było inaczej.

 

ŚCIANA 1: UMOWA I BRAK ZAUFANIA

Maroszek: Pierwszy większy kryzys i konflikt w naszej współpracy przyszedł w momencie podpisywania umowy o prawach autorskich.

Dębowski: Dla mnie takim punktem zapalnym nie był sam temat tej umowy, tylko to, że dopiero po jakimś czasie od rozpoczęcia współpracy postawiłeś mnie przed faktem, że bez podpisanego papieru nie ruszamy dalej. Pamiętasz to? Czy to było tak, że celowo czekałeś z umową, czy może nagle ktoś ci podpowiedział: „Wojtek, ale jak ty już jesteś na takim etapie, to lepiej się zabezpiecz”?

Maroszek: Rzecz w tym, że my na początku nie mieliśmy określonej formy współpracy. Nie wiedzieliśmy do końca, co z tego wszystkiego ma powstać i czy ja właściwie będę ghostwriterem, współautorem czy kimś. Dopiero po czasie wyklarowało się, że wydajemy tę książkę wspólnie, pod dwoma nazwiskami, zyski są fifty-fifty, ty dostarczasz materiały, ja z nich rzeźbię, plus wsadzamy do środka nasze rozmowy i przemyślenia. Na tamten moment jednak część pracy była już zrobiona – bo spisałem treść twoich szkoleń i powoli zaczynałem wszystko układać. Wtedy uznałem, że zanim ci to wyślę, to sformalizujemy ustalenia. Napiszemy umowę dotyczącą praw autorskich i podziału zysków. I wtedy zadzwoniłem do kolegi prawnika, a on mi powiedział, jak to załatwić i co w takiej umowie powinno się znaleźć. Nie sądziłem, że odbierzesz to tak, że ja ci nagle nie ufam.

Dębowski: Tak. I nagle ja nie wiedziałem, o co chodzi. Skoro wysłałem ci te wszystkie materiały, które też mają pewną wartość biznesową, to dlaczego nie dostaję tego, na co się umawialiśmy? Pojawiły się myśli: „Kurczę, dlaczego on nagle przestał mi ufać? Co takiego powiedziałem albo zrobiłem, że on nagle chce się zabezpieczyć?”. W końcu się spotkaliśmy i powiedziałem: „Słuchaj, w czym jest problem, że nie wysyłasz mi spisanego materiału? Co cię powstrzymuje? Czy coś cię blokuje przed wysłaniem?”. Na co ty odpowiedziałeś: „No wiesz, bo nie mamy podpisanej umowy związanej z prawami autorskimi”. Nie pamiętam, jakich dokładnie słów użyłeś, ale pamiętam, że wtedy nieźle się wkurzyłem – trochę po to, żeby dać ci odczuć moją postawę, a trochę też wypłynęło to ze mnie automatycznie. Dotknęło mnie to, bo myślałem, że sobie ufamy i się szanujemy. Ale miałem wrażenie, że twoja postawa mówi: „nie wyślę Adamowi tego tekstu, bo to już jest jakaś duża część, bo on to później zabierze, wykorzysta i zostawi mnie, i nie zapłaci”. Dla mnie nie było problemem podpisanie umowy i też uważam, że warto mieć rzeczy na piśmie, lecz fakt, że mi nie wysyłałeś tego tekstu, że nie ufałeś, było takim biznesowym i osobistym, bolesnym szpikulcem.

Maroszek: Ja podszedłem do tematu prościej, na zasadzie: nieważne, jak bardzo sobie ufamy, nieważne, jak się lubimy, co o sobie myślimy – biznes to biznes i po prostu podpisujemy umowę, krótka piłka. To tak, jakby ktoś w sytuacji sprzedażowej miał ci powiedzieć: no, to może mi pan da już ten produkt, a ja zapłacę jak…

Dębowski: …jak wrócę do domu.

Maroszek: Tak, jak wrócę do domu albo jak inni kontrahenci wywiążą się ze zobowiązań wobec mnie, to wtedy ja panu przeleję. O, nie, nie. Pieniądze są na stole i dopiero wtedy możemy rozmawiać. Dla mnie to było właśnie proste i oczywiste, że nie wchodzą w grę sentymenty. Po prostu, jeżeli mam ci przekazać moją pracę, w którą włożyłem czas i energię, to potrzebuję, żebyśmy to mieli sformalizowane, żeby to było przyklepane, żeby był kwitek. Mnie to się wydawało normalną, standardową, biznesową praktyką. Środkiem ostrożności też, bo nigdy nie wiadomo. Jak komuś przekazujesz swoją pracę bez żadnej umowy, to stwarzasz pewną przestrzeń dla jakiegoś kombinowania. Nie chciałem tej przestrzeni tworzyć. Ufam, że nie wykorzystałbyś jej, ale jest to pewna zasada: zamiast przestrzeni tworzę umowę. Pewnie gdybyśmy to zrobili na samym początku, nie byłoby problemu. Grunt, że szybko udało nam się oczyścić atmosferę i podpisać papier już bez tych emocji.

Dębowski: Wniosek jest taki: zabezpiecz się wcześniej, jeśli masz taką potrzebę. I warto to na pewno zrobić, nawet jeśli pracujesz z przyjacielem, bo nigdy nie wiadomo. Najgorszy scenariusz – przyjaciel umiera, prawa przejmuje jego żona i ona robi sobie z tym, co chce. Tu mógł być taki scenariusz, że ty wysyłasz wszystko Dębowskiemu, Dębowski ginie, prawa przejmuje jego żona Kamila i po żałobie – załóżmy, tygodniowej albo rocznej, nieważne (śmiech) – ona wydaje to sobie jako swój materiał. To jeden z mało prawdopodobnych, ale nie niemożliwych scenariuszy, więc faktycznie potrzebujesz się zabezpieczyć, nawet jeśli masz zaufanie do człowieka. Dobrze, że szybko rozwiązaliśmy ten konflikt, niemniej mogliśmy przekonać się na własnej skórze, jak brak zaufania i zrozumienia potrzeb może wpłynąć na współpracę, co również jasno wynika z piramidy efektywności (rozdział 3).

 

ŚCIANA 2: JA SIĘ WYPISUJĘ!

Maroszek: Był moment, kiedy naprawdę chciałem się wypisać. To było po około roku, czyli mniej więcej w połowie prac nad książką. Na początku mówiliśmy, że całość zamkniemy w pół roku. Potem okazało się, że chcemy z tego zrobić coś lepszego, większego i w związku z tym pół roku to zaledwie dobry start, a roboty jest znacznie więcej. Sądziliśmy, że mniej więcej drugie tyle. Zgodziłem się na to i postanowiłem, że będę pisał, rozmawiał z tobą, szlifował i dopracowywał tekst tak, aby efekt był jak najlepszy. Rok zamiast pół roku – w porządku, niech będzie. Ale potem okazało się, że i to jest za mało. Że wciąż jest ogrom pracy do zrobienia. Wiele kwestii musimy uściślić, cały czas brakuje spójności i „tego czegoś”. Stanąłem przed faktem, że przed nami wciąż długa droga. A nie chciałem tego, chciałem już skończyć, cieszyć się owocami i nie poświęcać książce więcej czasu, który mógłbym spożytkować albo na następny projekt, albo po prostu na rozrywkę. W głowie zaczęły kłębić się myśli, że może trzeba to zostawić, oddać tobie – żebyś robił z tym, co chcesz. „Ja wysiadam z tego pociągu, bo nie wiadomo, dokąd on zmierza, co z tego będzie. Kasy na bieżąco nie ma, nie wiadomo, kiedy i ile jej się pojawi, a ja zarywam te wieczory i weekendy jak głupi”.

Dębowski: To była twoja ściana.

Maroszek: Tak. Byłem jedną nogą tu, a drugą tam: nie chciałem porzucać tej pracy i wypisywać się w połowie, ale z drugiej strony nie chciałem też kontynuować.

Dębowski: I wspomniałeś, że przyjaciel pomógł ci przebić się przez tę ścianę?

Maroszek: O książce rozmawiałem z wieloma osobami, pytali zaciekawieni, jak to idzie, a w tym kryzysowym momencie zadzwoniłem akurat do Kuby. Jako doświadczony, twardo stąpający po ziemi człowiek biznesu, a z drugiej strony utalentowany wokalnie artysta, powiedział mi: „Stary, masz ten wybór – możesz się wypisać, możesz to porzucić, bo bilans zysków i strat być może rzeczywiście działa na twoją niekorzyść. Już włożyłeś w to rok pracy, miałbyś jeszcze włożyć kolejny, a nie wiadomo, co z tego będzie. Być może nic na tym nie zarobisz, no i jak popatrzeć z biznesowej perspektywy, to może faktycznie lepiej zająć się czymś innym. Tak czasami po prostu jest, że rozpoczynamy jakiś projekt, a potem się z niego wypisujemy. Ale! Z drugiej strony pomyśl o tym, że jak już to skończysz i spojrzysz wstecz, to okaże się, że ten poświęcony czas, energia, ból, który się z tym wiąże – one już nie będą takie wyraziste. Będą ginęły gdzieś tam w pamięci, a ty będziesz miał napisaną książkę. Powiesz sobie: zrobiłem to, zrobiliśmy to. Daliśmy radę, przeszliśmy przez to”. Przedstawił mi sprawę w szerszej perspektywie, spojrzał bardziej z góry, na co ja nie potrafiłem sobie pozwolić, ponieważ byłem uwikłany w emocje. A im bardziej jesteśmy uwikłani, tym bardziej nasze spojrzenie się zawęża i gubimy szerszy obraz. Kuba mi ten szerszy obraz przedstawił, a ja odpowiedziałem: „No dobra, dzięki. To wiesz co, chyba jednak to zrobię, chyba jednak pójdziemy z tym do przodu”.

Dębowski: Czyli co, poszedłeś z tym do przodu, bo przestałeś się tak bardzo koncentrować na efekcie – czy książka się sprzeda, czy nie sprzeda, jaki będzie jej odbiór, a zamiast tego bardziej skoncentrowałeś się na tym, że przejdziesz przez to i będziesz miał w swoim repertuarze życiowym to doświadczenie? Co w rezultacie zostało w twojej głowie po rozmowie z Kubą?

Maroszek: Chyba po prostu to, że OK, jestem na jakiejś drodze i ta droga jest do przejścia. I nie komplikując sobie dalej spraw, pomyślałem: „jest droga, ona jest albo do przejścia, albo do porzucenia i chyba czuję, że ważniejsze jest to, żeby ją przejść”. I koniec, kropka. Pojawiła się świadoma decyzja co do tego, w którym kierunku idę.

Dębowski: Mniej męczy nas robienie rzeczy niż sposób myślenia o nich. To jeden z elementów filozofii CVP, o którym wspominamy w książce więcej niż raz. Bardzo często się zdarza, że ludzie przez wiele tygodni, miesięcy albo nawet lat żyją w takim konflikcie wewnętrznym: porzucić – nie porzucić, a brakuje tego, żeby ktoś powiedział: „hej, ale podejmij decyzję: w lewo albo w prawo”. Podjęcie decyzji – rezygnuję albo nie rezygnuję – bywa wyzwalające. I kiedy zdecydujemy „dobra, no to jednak jadę dalej”, nie uzyskujemy żadnej ekstazy ani oświecenia, czy ta decyzja jest na sto procent właściwa. Nie zyskujemy też nagle ogromnej motywacji, ale za to przestajemy się spalać. Już samo to sprawia, że głowa jest spokojniejsza i można ruszyć z życiem do przodu. Zburzenie ściany nie zawsze musi oznaczać pójście do przodu – czasem oznacza po prostu podjęcie spójnej ze sobą decyzji, w lewo albo w prawo.

 

ŚCIANA 3: EKSCYTACJA WYZWALAJĄCA GNIEW

Maroszek: Po prawie dwóch latach miałem poczucie, że finiszujemy i teraz pozostaje tylko kwestia doszlifowania pewnych rzeczy.

Dębowski: I domykamy.

Maroszek: Ja już tego naprawdę chciałem.

Dębowski: A tu nagle Dębowski czyta całość, czyta ten rozdział, tamten rozdział, i zaczyna: „dodajmy to, dodajmy jeszcze tamto z nowych rzeczy, plus jeszcze w tych rozdziałach te, te i te rzeczy powinny się znaleźć”. No i wtedy, pamiętam, pojawił się u ciebie bardzo duży opór.

Maroszek: I gniew w oczach.

Dębowski: Był gniew w oczach. Z mojej perspektywy, wkurzyłeś się przede wszystkim na to, że ja nie zaglądałem do tych rozdziałów wcześniej. „Dlaczego dopiero teraz o tym mówisz, przecież materiał miałeś dostępny dużo wcześniej”. Z jednej strony popełniłem taki błąd, że faktycznie powinienem bardziej na bieżąco do tego zaglądać, ale z drugiej – wewnętrznie bardzo czułem, że czekam na pewną całość, już po tych wszystkich naszych spotkaniach, po twoich korektach, po dodawaniu do książki wszystkich naszych rozmów. Zawsze w swojej pracy starałem się przechodzić od dużego ogółu i całości – do szczegółu. Czyli szlifować nie na bieżąco, tylko wtedy, gdy mam całość w ręku. Oczywiście po tej sytuacji uświadomiłem sobie że warto, abym nauczył się szlifować pojedyncze rzeczy na bieżąco i dołączać je do reszty. Na tamten moment miałem jeszcze to „stare” podejście, dlatego dopiero, kiedy dostałem od ciebie już prawie gotową pracę, przyszła do mnie refleksja: „Aha, czuję tę książkę, widzę, czym ona teraz jest, w jakim kierunku idzie. To teraz możemy usprawniać!”. I na tym gruncie wyrósł konflikt. Ty już miałeś poczucie wykonania ogromnej pracy, przeszedłeś ileś miesięcy wcześniej własny opór związany z chęcią rezygnacji, miałeś poczucie, że wreszcie domykamy, a tu nagle otwiera się puszka Pandory.

Maroszek: Tak, przebudzenie Dębowskiego.

Dębowski: Tak jest! (śmiech) Przebudzenie Dębowskiego. I faktycznie trochę tak było. W mojej głowie, po wielu latach ewoluowania i dojrzewania, domykało się CVP jako spójny system, a ty wysłałeś książkę i poczułem: „To jest to! Teraz już czuję i wiem, jak to poprzestawiać, tu dopisać, tam dopisać i dodać kolejny rozdział”. To był duży paradoks, że ja byłem w takiej niosącej energii i nagle bum! Rozbijam się o ścianę.

Maroszek: Bo twoja radość i zapał wzniecały mój gniew. Myślałem sobie: „Stary, to co ty w ogóle robiłeś przez ostatni rok? Nagle, pod sam koniec, wyskakujesz z pomysłami i mówisz mi pełen zapału, że to jeszcze zrobimy, że tamto. Nie! Miałeś dwa lata, półtora roku, czy ile tam, żeby się ogarnąć, żeby powyskakiwać z pomysłów, żeby mieć tę wolę szlifowania, dodawać pewne rzeczy, a nie zostawiać to na sam koniec”. Odczuwałem to przez swój pryzmat – że ty mi zwalasz teraz na głowę robienie tylu rzeczy, gdy ja już najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty, tak po prostu, po ludzku już nie mam ochoty, już koniec.

Dębowski: A ja miałem w głowie: „jak on może nie mieć ochoty, skoro to są takie wspaniałe rzeczy!”. I tutaj mamy duży konflikt, bo ja wszedłem w rolę twórcy, wizjonera, który się jara – ale im bardziej się jara, tym bardziej wywołuje opór drugiej osoby. To bardzo ciekawe zjawisko, związane z zarządzaniem oporem – czy to przy wychowaniu dziecka, czy przy współpracy biznesowej, czy pisaniu książki. Okazuje się, że to nie działa tak, że im większy zapał u ciebie, tym większy zapał u ludzi. Czasem jest zupełnie odwrotnie. Mój błąd operacyjny był taki, że faktycznie mogłem bardziej na bieżąco pracować, ale z drugiej strony miałem inną potrzebę i w głowie zakładałem sobie: dobra, czekam na całość. Inny wniosek z tej sytuacji mam taki, że ty mogłeś – i w przyszłości możesz bardziej – przypilnować: „dobra, czy na pewno ten, z kim to tworzę, patrzy na to na bieżąco? Bo nie widzę, żeby pojawiały się komentarze z jego strony”. Tak więc ja mogłem się na tym skupić, a ty mogłeś tego przypilnować.

Maroszek: To jest bardzo ciekawa rzecz w ogóle, że jak sobie o tym potem pomyślałem, to ty faktycznie nie zgłaszałeś żadnych uwag, było mało takich rzeczy, które wychodziły od ciebie. I zupełnie szczerze – wygodniej było mi przyjąć, że…

Dębowski: …nie ma uwag.

Maroszek: Że nie ma uwag! A nie, że on na to nie patrzy.

Dębowski: Uff, czyli to nie tylko ja byłem tutaj winny!

Maroszek: Dla podświadomości chyba wygodniej było założyć, że na to patrzysz i po prostu jesteś w pełni zadowolony z tego, co jest. Sprytne, nie?

Dębowski: No to tutaj mamy mechanizm obecny w wielu projektach: mechanizm ucieczki przed prawdą najprawdziwszą. Bardzo wiele osób wpada w taki mechanizm – i przedsiębiorców, i menedżerów, i szeregowych pracowników. Nie lubimy nazywać rzeczywistości, nie lubimy nazywać prawdy najprawdziwszej, bo mamy nadzieję, że „to” przejdzie. Że ktoś nie zauważy tej cyfry, że ktoś nie zauważy tego błędu, że klient albo szef puści to dalej.

Maroszek: To trochę takie dziecinne zasłanianie oczu, że niby…

Dębowski: Że niby mnie nie ma! (śmiech) Tak jest. To trochę na tej zasadzie, jak niektórzy menedżerowie czy szefowie firm przyjmują, że kiedy nie mówi się o problemie, to problem nie istnieje. Po części to naturalne, bo w grę wchodzi mentalne i fizyczne zmęczenie pracą, więc umysł szuka takiej drogi, która pomoże zaoszczędzić energię. Brakuje strategicznego spojrzenia i zadania sobie ważnych pytań: co mogę domknąć, docisnąć, doszlifować? Ty byś powiedział pewnie: „aha, to przycisnę Adama, żeby zweryfikował i dał informację zwrotną na tym etapie, a jeśli nie będzie chciał, bo będzie czekał na całość, to go docisnę”. A ja z kolei mogłem wtedy docisnąć sam siebie i powiedzieć: „dobra, to teraz zobaczę, na jakim jesteśmy etapie, nie będę czekał na całość”.

Maroszek: To jest jeden wniosek. Kolejny jest taki, o czym już wspomnieliśmy, że im bardziej się nakręcałeś pozytywnie, tym większy był mój opór. A zatem nie zawsze twoja pozytywna energia będzie pozytywną energią u innych, czasem nawet wręcz przeciwnie.

Dębowski: Dlatego nie zawsze chodzi o to, żeby motywować ludzi. Nie motywuj ich, tylko pomóż im poradzić sobie z ich oporem, a motywacja przyjdzie naturalnie. Takim najbardziej oczywistym sposobem motywowania ludzi jest to, żeby powiedzieć im o wizji, o pasji, o tym, co możemy zrobić – i to nakręci, to zmotywuje. Jak widać jednak – nie w każdym przypadku. W naszym przypadku efekt był odwrotny.

Maroszek: Twoje nakręcanie się tym wszystkim dla mnie oznaczało więcej pracy. Im bardziej ty się nakręcasz, tym więcej ja mam pracy.

Dębowski: Ty nie patrzysz na wartość tego, tylko patrzysz…

Maroszek: Z czym mi się to kojarzy.

Dębowski: Godzina po godzinie więcej pracy w kolejnych tygodniach i odsuwany czas domknięcia projektu. I tu jest zgrzyt. W pewnym momencie zauważyłem: „O kurde, trafiam na silny opór. Trzeba temu zaradzić”. Nie wolno w tym momencie się nakręcać ani wkurzać, ani motywować, ale też nie należy stosować sztuczek perswazyjno-manipulacyjnych i tym podobnych. Trzeba zastosować to, czego uczymy w książce, a to są zarazem te najbardziej podstawowe rzeczy: wysłuchać do końca, starać się zrozumieć, z czego dokładnie wynika opór, a nie podchodzić na zasadzie: „OK, może nie chcesz więcej pracy, ale trudno, robimy”. Kiedy pojawia się poczucie większego zrozumienia ze strony współpracownika, to irytacja może nadal występować, ale nie będzie rósł opór. Bo jak nie jestem ignorowany, a czuję się rozumiany, to opór maleje. „Dobra, no to jak możemy złapać moją i twoją perspektywę? Jak możemy ograniczyć ilość pracy, ale jednak uchwycić to, co uważam za bardzo ważne?”.

Maroszek: Z jednej strony było to wyjście naprzeciw mojej irytacji, a nie ignorowanie jej, a z drugiej – starałeś się też pokazać mi sens tych zmian. Bardziej lub mniej skutecznie.

Dębowski: Bo autentyczna odpowiedź była taka: „Słuchaj, jak to damy w takiej formie, to będzie OK, ale to nie będzie petarda. Ja będę miał silne wrażenie braku i poczucie, że książka jednak nie oddaje w pełni tego, o co chodzi”. I oczywiście wtedy, pamiętam, wysunąłeś taki argument: „Ale miałeś na to czas. Mogłeś to zrobić pół roku wcześniej”.

Maroszek: Na co odpowiedziałeś, że nie mogłeś, na tamten moment po prostu nie mogłeś zrobić tego wcześniej – i taki czasem jest proces twórczy. Nadal byłem zły, ale też czułem, że to prawda, że czasem po prostu tak bywa w procesie twórczym, być może w wyniku błędów, a być może dlatego, że „tak po prostu miało być”. Ostatecznie zgodziłem się, żebyśmy pododawali te wątki, żeby jeszcze trochę rozszerzyć treść i znów sporo pozmieniać. Więc zgodziłem się, a zarazem w mojej głowie było: „O, Jezus Maria, nie, nie, proszę, książko, nie torturuj mnie już”.

Dębowski: (śmiech)

Maroszek: Potem przerodziło się to w podejście na zasadzie: “Dobra, książka chce, żeby dać z siebie więcej”. Nawet nie, że Adam chce – tylko książka. „Książka chce, żeby dać więcej. Dobra, OK, niech będzie. Koniec, kropka. Nie ma co gadać”. I znowu taka szersza perspektywa – po prostu albo dam z siebie więcej, albo dam mniej.

Dębowski: I znowu ta decyzja.

Maroszek: Tak, co prawda tym razem trochę prostsza, bo już raz przez to przechodziłem, chociaż też bolesna i związana z myślami: „Boże, znowu robić, znowu to! Znowu ona! Ona nie chce odejść!”.

Dębowski: Nie chce odejść! (śmiech)

Maroszek: Ona ciągle wraca! Dobra, to chodź tu, kochanie.

Dębowski: Czyli jest trzech autorów: Adam, Wojtek i książka.

Maroszek: Tak.

Dębowski: To było ogromnie ważne doświadczenie dla mnie i myślę, że dla ciebie również. Większość ludzi, jeśli faktycznie angażuje się w jakiś projekt jako pracownik, menedżer, szef czy wolny strzelec, również przeżywa takie momenty. Warto o tym czytać i wiedzieć, jak sobie z nimi radzić. Książka jest w dużej mierze właśnie o tym: jak prowadzić trudne rozmowy, jak projektować zmiany i jak w codziennym życiu radzić sobie z takimi momentami, które czasami można przewidzieć, a czasami kompletnie zaskakują.

Warszawa, 12.10.2018

 


I jak? Ciekawe? Podziel się w komentarzu albo w mailu do nas info@adamdebowski.pl

Adam Dębowski

Adam Dębowski

Od 2005 roku pomagam ludziom w podnoszeniu ich efektywności osobistej, biznesowej, kompetencji miękkich, uwalnianiu się od wewnętrznych blokad i emocji, a firmom i menadżerom w zmianie i zarządzaniu zespołem. Moja osobowość i wartości bardzo pomagają w prowadzeniu mediacji w firmach, między organizacjami i osobami.

Komentarze

  1. Tomek pisze:

    Adam
    Jestem Twoim kibicem od bardzo dawna i życzliwie patrzę na rozwój wspaniałej osobowości, kariery jak i działalności biznesowej. Współautorstwo, to z jednej strony podniesienie jakości publikacji, z drugiej zaś współodpowiedzialność – czy ja tego chcę i czy tego samego chce partner. Stąd ściany i stany frustracyjne.
    Gratuluję podjęcia decyzji i wejście na kolejny szczebel rozwoju.
    Pozdrawiam inspirująco.
    Tomasz Barański

    1. Adam Dębowski Adam Dębowski pisze:

      dziękuję za miłe słowa oraz za kibicowanie 🙂

  2. Paula pisze:

    Czekam na książkę, teraz tym bardziej i z jeszcze większym apetytem na widzę i wasze punkty widzenia. Czasem mówię, że nie zawsze dostajemy to czego chcemy, ale zawsze to czego potrzebujemy. Ta książką czuje, że jest zarówno tym czego chce, jak i tym czego jednocześnie potrzebuję. Normalnie jak na zamówienie, chciałam wiedzieć co zrobić jak mamy ścianę przed sobą i tadam! na dniach dostanę odpowiedź 🙂 Jak to dobrze,że Ty, Wojtek i książka nie zrezygnowaliście po drodze…

    1. Adam Dębowski Adam Dębowski pisze:

      Cieszę się bardzo:) Wkrótce „ściana” nadejdzie i dzięki niej odejdzie z życia 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *